stycznia 17, 2020

14. Jestem tu dla ciebie..., czyli odpowiedź na rant i NAKWA

[Post zawiera lokowanie produktu i niesamowity ból dupy]

Ten tekst nie jest stricte o pisaniu. To spory rant na toksycznych ludzi, którzy potrafią pozbawić radości z zajmowania się hobby. A nawet zupełnie od niego odwieść. To będzie ogromny rant na toksycznych ludzi, którzy pod płaszczykiem niesienia pomocy, w białych rękawiczkach dokopują Ci kolejnych kompleksów.
Deneve na: Like no otter 
cały wpis: [TUTAJ]

Na początku chciałam swoją odpowiedź do tego tekstu umieścić w komentarzu, ale – oczywiście – napisałam ją za długą. Choć w sumie co ja tak właściwie wiem o NAKW-ie, żeby podejmować temat? Przecież nigdy nie należałam do tego towarzystwa, znam właściwie tylko garstkę osób powiązanych z forum. To jednak mi wystarczyło, by w jakiś sposób napisać coś więcej niż: dzięki, Den, że o mnie wspomniałaś, to bardzo miłe, fajnie nam razem na Łezkach, rób dalej swoje, bo robisz to naprawdę świetnie – przynajmniej dla mnie. A że całkiem niewiele wiem o zawodowej redakcji beletrystyki i wszystko sugeruję ci na czuja, istnieje spore prawdopodobieństwo, że Proustem nie jesteś, Kunderą zresztą też nie. 

[I TAK WSZYSCY WIEDZĄ, ŻE PROUST POSYSA; LUDZIE, CZYTAJCIE ŁEZKI!]

Chciałam więc trochę powspominać i napisać, jak to osobiście uważam, że zielony długopis jest lepszy od czerwonego, ale... wtedy doszły mnie słuchy o czymś bardzo, bardzo niskim. Wróćmy się pamięcią do jednego z najsłabszych październików w moim życiu:



Ktoś mało życzliwy wykopał tę sytuację z odmętów mojego FB i w kółeczku wzajemnej adoracji zaczął sugerować, że: Paczcie, Den kupiła jej pizzę, na pewno chce się jej podlizać i szuka przyjaciół. Takie hasła padały w tamtych rozmowach. Och, jaka szkoda, że pizza od Den nie stanęła mi wtedy gardle, a Julek ostatecznie się nie znalazł, hmm? Może gdyby się znalazł i zgubił raz jeszcze, to...? No właśnie, co. W głowie mi się nie mieści, jaką świnią trzeba być, aby brać pod lupę osobiste, małe bądź duże, tragedie i kwestionować je w taki sposób. I tak, jestem wkurzona. Każdy jest, gdy ktoś wpieprza się z butami w prywatność i wykorzystuje do tego sytuacje, które, cóż, śmieszne nie są. I w jakiś sposób ciągle, kurwa, bolą.
[Bo strata kota to takie huehuehuehue śmieszne jak depresja Winky; uprzedzałam, że poziom niski]. 

Wracając jednak do tematu 

Napisałam już na początku: nigdy nie należałam do NAKW-y, choć kilka razy byłam o krok od założenia konta na forum. Zawsze jednak się bałam. Czytałam posty nawet nie te o analizach opowiadań, ale głównie o literaturze czy społeczne i zawsze wydawało mi się, że na wiele z tych tematów mam naprawdę sporo fajnych rzeczy do powiedzenia, ale... bałam się, że ktoś będzie miał inne zdanie niż moje i mnie skrytykuje. Normalna sprawa – dyskusja w sieci, której punktem wyjścia są różnice poglądów – tak, ale... nie do końca.

Miałam wtedy już swoje małe doświadczenia (bardziej upadki niż wzloty, umówmy się) w ocenianiu. Widziałam, co się dzieje w komentarzach i jakie opinie krążą o młodych osobach, które zabierają się za pisanie postów o tym, czy podobają im się opka w sieci, czy też nie. Wizja innego zdania w konfrontacji na forum NAKW-y była też dla mnie synonimem jedynego słusznego zadania, a to zaś było całkiem bliskoznaczne dla: „Sko, jesteś po prostu głupia”. No dobra, byłam w pewnym sensie głupia, bo ponad dekadę temu napisałam kilka słabych ocen, w których chociażby sugerowałam ludziom, że nie ma za bardzo różnicy między dywizem a myślnikiem i w opeczkach blogowych nikt nie patrzy na poprawne cudzysłowy. Po takich sytuacjach lepiej się więc było nie wychylać i robić swoje najlepiej jak się umie. I uczyć się. 

Tak jak Denki nie usprawiedliwia wiek w przypadku pisania jadowitych komci (których, o dziwo, nie pamiętam pod ocenami na Shibuyi), tak mnie nie usprawiedliwiała niewiedza i ignorancja technikaliów. Nie usprawiedliwia mnie to, że pisałam te ocenki, będąc zdecydowanie za młoda, by je pisać, ale dzięki temu, że je wtedy pisałam na umór i ktoś mnie poprawiał, jestem tu, gdzie jestem, i dziś nie mam większych problemów z pisownią. Może faktycznie byłam za głupia, by przed puszczeniem publikacji wpisać w guglu „czym się różni myślnik od dywizu”, ale nie byłam jednak aż tak głupia, by nie zapamiętać poprawnej zasady, gdy już ktoś mi na nią zwrócił uwagę, a do tego sam podrzucił linka. To mi pozakazywało, że można, a nawet trzeba robić research. Ktoś jednak musiał mi to dać do zrozumienia.
To są pozytywy, które dało mi towarzystwo z NAKW-y.


[cholernie miłe wspomnienie; kliknij, by powiększyć]


Praca z kimś lepszym

Jak widać po screenie, moja praca nad sobą została zauważona – te trzy zdania, niby nic, pozwalały mi przez kolejne miesiące cieszyć się swoimi efektami. Napędzały mnie dokładnie tak, jak napędza zielony długopis. Problem w tym, że... na tym komentarzu się skończyło. Inne przywoływania moich nicków nie były już takie przyjemne; och, znalazły się osoby, które w „pracy ze Skoią, by mogła się wyrobić” obrały sobie kierunek zgoła inny [cytaty z wiadomości prywatnych, komentarzy pod postami etc.].


Doprawdy, jesteś pocieszna z tymi błędami.
Niereformowalny beton.
Ty serio masz odwagę podpisać się pod taką bzdurą? Omg. 

Zaraz po takich komentarzach pojawiały się oczywiście sugestie znacznie lepiej brzmiących zdań czy bardziej naturalnie brzmiących rozwiązań narracyjnych oraz rzeczowe argumenty przekonujące do innych racji. Czy trzeba było jednak przekazywać to wszystko w sposób jednoznacznie agresywny? Jak pisze Den: w białych rękawiczkach? Czy poprawiano mnie, na pewno mając w intencji dbałość o stan użytkowników blogosfery i w trosce o opka moje i autorów, których oceniałam? Gówno-dupa; wszyscy wiedzą, że chodziło o radosne ponapierdalanie się z nas. Przepraszało się jednak za siebie, samobiczowało, nie powtarzało więcej głupot (człowiek uczy się całe życie; ostatnio nawet – pamiętasz, Den? – jak przytoczyłaś mi różnicę pomiędzy domyślić a domyśleć? Wiem, że wiedzy, której jeszcze nie mam, jest w opór). W latach świetności NAKW-y, wśród podobnie brzmiących uwag była więc cała masa wskazówek, o które mi właśnie chodziło, więc przełykało się łzy i robiło dalej swoje. Ciemna strona pracy z lepszymi, c'nie?

Jestem tu dla ciebie

Teraz jednak wiem, że żadne z tych uwag nie musiały być aż tak kąśliwe. Nie musiały, bo skoro ja potrafię podawać je dziś dalej zdecydowanie mniej agresywnie, to znaczy, że się da. Tylko trzeba chcieć być fair i pamiętać, że po drugiej stronie ekranu jest druga osoba, a nie worek do sklepania i materiał na mem. Przy czym też zdarza mi się robić w ocenkach kontent, ale:
raz: zawsze dotyczy on treści (konkretnego fragmentu) i nie ciągnie się za autorem, rzutując na resztę jego pracy przez wiele kolejnych lat;
dwa: staram się nie tworzyć złudnej iluzji, że wszystko, co sugeruję, to prawda objawiona;
trzy: najczęściej pytam, czy mogę sobie pozwolić na tego rodzaju humor;
cztery: nigdy nie użyłabym tak brzmiących słów wobec aspirującej szesnastolatki, wiedząc, że może ją to zablokować. Najbardziej cieszą mnie efekty, które można obserwować – widzieć, jak tekst się zmienia, ewoluuje, staje się czymś, co działa trochę mocniej i lepiej. Ja po prostu kocham te wszystkie momenty, gdy autorzy pod ocenami piszą: na początku trochę bolało, ale w sumie ten tekst wygląda dzięki tobie lepiej, mogę ci wysłać nową wersję na priv albo zgłosić się znów? – „Jasne że tak, przecież jestem tu dla ciebie!”. Być więc fair nie jest trudne i jednocześnie nie odbiera radochy z pisania ocen, gdy można zażartować z błędów stylistycznych, ba, nawet okrasić je gifem; trzeba jednak z tyłu głowy mieć wyznaczoną granicę, mieć w sobie trochę empatii. Bo co mi po tym, że ktoś wypierdoli cały plik do kosza i nigdy już do niego nie siądzie? Jakby to miało o mnie świadczyć? Błagam. Jak mnie więc zdziwiło, gdy ktoś w jakimś stopniu powiązany z NAKW-ą (i, przy okazji, była oceniająca) wszedł kiedyś na WS i zarzucił coś takiego:

Czyli, dziewczyny, jak to u was działa? Komentujecie i analizujecie tekst, ale nie służy to wyciąganiu wniosków? I jeśli przyjdę i powiem, że jest inaczej, że nie macie racji, to ok? Jeżeli analizujecie w przestrzeń, bez konsekwencji... 

Nie. Nie bez konsekwencji. Po prostu nie z pozycji: słuchaj mnie, bo wiem lepiej. Moja odpowiedź  do tego komentarza brzmiała więc:

Cytaty i komentarze do nich to zawsze wskazówki. Możesz po nich uznać, czy to, co widzimy i przedstawiamy, pokrywa się z twoimi założeniami. Jeżeli się pokrywa – znaczy to dla ciebie tyle, że tekst ci wyszedł. Jeżeli rozminęłyśmy się w ocenie z twoimi założeniami – coś nie działa, coś trzeba poprawić, w komentarzach możemy dyskutować o tym dalej. 

Odpowiedź byłej oceniającej:
Ok. Dobra. Czyli po prostu odwykłam od tej formuły (...). Na innych tekstach pracuję zgoła inaczej, to pewnie wina tego. 

I wracam do wymiany tych komentarzy, ponieważ mocno kojarzą mi się one z tym, jak toksycznie dyktatorsko działała NAKWa i przyzwyczaiła innych do niskiego poziomu empatii i wyznaczania czarno-białego: nasze dobre – twoje złe. Ale, tak szczerze, czy naprawdę istnieje jakakolwiek inna możliwość ocenia opek w sieci, niż ocena stworzona jedynie na bazie luźnych sugestii? Nigdzie nie gwarantuję, że jestem odpowiednią osobą do wyrokowania i nikomu nie macham przed nosem dyplomem, którego zresztą nie mam; pisałam na początku – istnieje realne prawdopodobieństwo, że po ocenie autor wcale nie będzie drugim Proustem.
Nigdy, ale to nigdy na WS nikt nie wymuszał na autorach konkretnych zmian (no chyba że w kontekście technikaliów; czasem trudno kłócić się o zasady pisowni). Uważam, że w przypadku fabulariów to oceniający nie posiada bazy (tak, nie siedzi w głowie autora), by całkowicie zmieniać tekst pod siebie. Nie zna założeń, emocji, dalszych pomysłów – ma tylko tekst często mniej niż bardziej udany. Sugestie, wskazówki, przepisane przykłady cytatów, w których oceniający coś pozmieniał – jasne, one mają pomóc autorowi poprawić first draft, dać do zrozumienia, że tekst inaczej działa na potencjalnego czytelnika, niż autor pierwotnie zakładał. Ocena to jednak żadna jedyna słuszna prawda objawiona, której akceptacji oceniający ma prawo w jakiś sposób żądać. Zakładam, że nie jestem na tyle światła, by cokolwiek na kimkolwiek wymuszać i przekonywać do swoich racji na siłę, nazywając drugą stronę betonem i jadąc po moralach ad personam, zresztą czuję, że nie potrafiłabym wydobyć z siebie takiej dyktatorskiej i jednocześnie agresywnej narracji, z którą nie miały problemów niektóre osoby z NAKW-y. W tym, sądzę, tkwi największa różnica między nami.
[No ale wiecie, kogoś bawią zgubione zwierzęta, a kogoś zgubione podmioty].

Cieszę się więc tym bardziej, Den, że odcięłaś się od tego towarzystwa i zrobiłaś w końcu selekcję. Szkoda, że aby do tego dotrzeć, trzeba się było naprawdę porządnie przejechać. Zachowanie niektórych person powiązanych z forum przeszło moje oczekiwania, a przecież już w tym nie uczestniczysz, więc atmosfera powinna być oczyszczona z toksyn...
No, najwyraźniej nie bardzo. [xD]




[A, bo bym zapomniała! W niedzielę na Łezkach pojawił się nowy rozdział. CZYTAJCIE ŁEZKI!]

2 komentarze:

Copyright © 2016 Nasyć ego dobrą karmą , Blogger