kwietnia 15, 2021

18. Jak naturalnie przyciemnić włosy? Płukanka z kawy

18. Jak naturalnie przyciemnić włosy? Płukanka z kawy

 




Mamy już wiosnę, teraz zbliża się lato, a wraz z nim – słoneczne i dłuższe dni. I chociaż uwielbiam tę porę roku, moje włosy (i cera!) reagują na nią fatalnie. Zaczynają domagać się regularnego nawilżania wieloma sposobami, co wymaga ode mnie nieraz sporej kreatywności, a jakby tego było mało – wytracam kolor. O ile zimą niewątpliwie jestem ruda, tak latem czasem sama zaczynam w to wątpić. Włosy u nasady przybierają kolor mysi i przechodzą w złocisty, na długości regulując się do sianoblondów. 


Proszę się nie śmiać ze Skoi, to zdjęcie nigdy nie powstało po to,
by być blogowe, ale nie mam innego z zeszłorocznych covidowych wakacji. ;)


W każdym razie już teraz zaczęłam szukać sposobu, jak radzić sobie z tym problemem ciepłych miesięcy i w sieci wpadłam na pomysł wykonania płukanki ze świeżo mielonej kawy. Nie mam w domu kawy w ziarnach, dlatego postanowiłam zaryzykować i wykorzystać zwyczajną kawę sypaną. Przepis na płukankę jest iście prosty, wystarczy zagotować w czajniku około litr wody i zalać nim 3-4 łyżki kawy w garnku, a potem poczekać, aż kawa wystygnie. Jako że moje włosy sięgają już za pas, zapobiegawczo podwoiłam proporcje, a więc zalałam 8 łyżek kawy 2 litrami wody.

W tym czasie postanowiłam przejść od razu do nawilżania, więc naolejowałam włosy olejem z czarnuszki (nierafinowanym, tłoczonym na zimno) i dodałam kilka kropel olejku Kallos Elixir. Lubię ten olejek, ponieważ jest tani i wydajny, no i olej z czarnuszki (ale i lniany) bardzo dobrze z nim współgra. Mam wrażenie, że łatwiej się wypłukuje, włosy jednak pozostają gładkie i nie pachną czarnuszką. 

Naolejowane włosy noszę związane w ciasny warkocz około dwie-trzy godziny. Dziś padło na dwie, ponieważ kawa zdążyła wystygnąć i nie mogłam doczekać się jej efektów. Zanim jednak zabrałam się za płukanie, tradycyjnie umyłam włosy letnią wodą i delikatnym szamponem, a następnie użyłam maski. U mnie hitem wciąż są maski od Kallosa (tym razem Kallos Algae) – i znów – bo są tanie i wydajne. Opakowanie litrowe starcza mi nawet na kilka miesięcy, choć nigdy nie żałuję maski i nakładam ją nieraz całą garść. Wreszcie włosy z maską zawinęłam w turban i dałam im piętnaście minut, w czasie których próbowałam odcedzić fusy z kawy. Licząc na to, że na pewno zostaną na dnie garnka, powoli przelałam kawę do miski. 

Fusy, oczywiście, zostały w garnku, ale niestety nie wszystkie. Okropnym uczuciem było zanurzać włosy w misce pełnej drażniących ziarenek i dodatkowo polewać pasma na długości, nabierając kawę do szklanki. Wytrwałam w tym okropieństwie może z dwie minuty i obiecałam sobie, że nie spłuczę tego świństwa, choć bardzo mnie kusiło. ;) 

Na rozczesane, ale jeszcze wilogtne włosy wtarłam kilka kropel Macadamia Healing Oil Spray – po to, aby się nie puszyły w czasie suszenia suszarką. Mimo że tradycyjnie suszę włosy chłodnym nawiewem, czasem zdarza mi się trochę przyspieszać i korzystać z ciepłego nawiewu. Wiem, że to nie tędy droga, ale… ja naprawdę chciałam już sprawdzić efekty końcowe. :D



Efekt jest naprawdę przyjemny i mnie zadowala. Myślę, że gdybym włosy potrzymała w płukance dłużej (i koniecznie odcedziła fusy!), cały zabieg bardziej przypadłby mi do gustu. Mimo użycia serum o intensywnym zapachu, bardzo szybko przebił się przez nie zapach kawy i włosy pachniały mi nią cały dzień, co jest po prostu fenomenalne. Podobno włosy po płukance z kawy mają być również lekkie w dotyku i przyjemne, ale moje takie są za każdym razem, gdy je olejuję, dopieszczam maską, a przy suszeniu używam serum – więc nie wiem, na ile to prawda. 

Wiem również, że zabieg będę musiała powtórzyć, nie omijając nasady oraz tyłu. Po wysuszeniu dokładnie widać, w których partiach włosów byłam niedokładna. W przypadku naprawdę długich włosów warto może poprosić o pomoc osobę trzecią, ponieważ efekt jest na tyle intensywny, że jakakolwiek nierównomierność może kogoś nie zadowalać.






Pro tip!
Jeśli chcecie tego spróbować, to, serio, odcedzajcie porządnie fusy. A jeśli zrobicie to nieuważnie, to te małe gówna przyczepią wam się do włosów. Na szczęście bardzo łatwo je rozczesać i nie sypie się z nas dłużej niż przy suszeniu. Polecam jednak w takim wypadku czesać się na kaflach albo panelach, a na pewno nie na dywanie, ponieważ wszystkie fusy spadną na ziemię i łatwiej je będzie posprzątać. 


I nie trzepcie potem ręcznika!

Chyba że nad wanną. ;)

grudnia 12, 2020

17. Jak pozbyłam się kleju we włosach? [MH]

17. Jak pozbyłam się kleju we włosach? [MH]


Gdy na urodziny dostałam w prezencie Cleo de Nile, nigdy niewyciąganą z pudełka – już przez nie widziałam, że ma posklejane włosy. No cóż, trudno. Odpakowałam ją, chociaż wiem, że dla niektórych to grzech wręcz śmiertelny, jednak ja wciąż jestem na etapie nie tyle kolekcjonowania, co zabawy; wersje bez pudełek sprawiają mi znacznie więcej frajdy.

 Stop. Wróć. Posklejane włosy – tak właśnie. 

W przypadku lalek Monster High nieraz słyszałam, że to częsty przypadek, choć poza Cleo żadnego wcześniej nie doświadczyłam. Ot, pod wpływem temperatury – czy to pudełka przechowanego w ciepłym, czy też lalki zdobiącej półkę nad grzejnikiem zimą – klej, który bazowo umieszcza się wewnątrz głowy, by skleić poprzeplatane przez dziurki na głowie włosy, wypływa. Nie da się go rozczesać, a z włosów, szczególnie grzywki, tworzy się paskudny, twardy i przede wszystkim lepki kołtun. No i okej, może w pudełku czy na półce lalce jakoś wybitnie to nie przeszkadza, ale gdy chcemy takowej zafarbować włosy albo zmienić ich uczesanie – jakakolwiek ingerencja przestaje być możliwa. 

Potem podobny problem pojawił się z grzywką Frankie w piżamie, i kolejny – gdy w sklepie kupiłam po promocji Kena (wobec którego mam całkiem ambitne plany na przyszłość, mianowicie: gość ma stać się Wiedźminem). Po rozpakowaniu pudełka – rozczarowanie; okazało się, że typ, któremu chciałam przefarbować włosy na biało, ma nie tylko na skalpie, ale i na całej długości włosów do ramion wręcz paskudną skorupę. W pierwszej chwili pomyślałam, że najwyżej kupi się białe włosy na AliExpress i po prostu się je wymieni. Uciekanie od problemu, jak widać, mam opanowane na poziomie hard. 


Jednak miarka się przebrała przedwczoraj, kiedy przyszła do mnie paczka z OLX-a. Otóż kilka dni temu zamówiłam lalki, których przerabiać w żaden sposób nie chciałam. Po rozpakowaniu paczki już w domu okazało się, że zarówno Toralei, jak i Purrsephone oraz Meowlody też mają na głowie takie samo łajno. Dopiero one przymusiły mnie do tego, by zakasać rękawy i… coś zrobić, wymyślić. Desperacko chciałam zrobić cokolwiek. 


Słyszałam, że klej można chociaż trochę rozczesać, obsypując włosy mąką ziemniaczaną, inni podpowiadali, by próbować z różnymi rozpuszczalnikami, w tym benzyną, ale uważając, by absolutnie nie dotykać lalek twarzy – każde takie działanie ryzykowało stratą makijażu, a nie jestem jeszcze na tyle doświadczona, by brać się za repaint, chociażby podstawowy. 

Jak więc poradziłam sobie z problemem? 
Rozwiązanie okazało się proste i znalazłam je na facebookowym forum.


CZEGO POTRZEBUJEMY?


1. Terpentyna balsamiczna + słoik/szklanka
Ja swoją kupiłam w Castoramie za jakieś 20 zł; wiem, że są też inne rodzaje terpentyn, jednak ja próbowałam akurat z balsamiczną i sprawdziła się w stu procentach, za inne więc nie mogę poręczyć, ale możliwe, że też zadziałają.



2. Gumowe bądź foliowe rękawiczki 
Istnieje całkiem realne prawdopodobieństwo, że nie ubrałabym ich, gdybym dzień wcześniej nie robiła sobie manicure hybrydowego, o którego jakość wyjątkowo się bałam, bo pierwszy raz paznokcie JAKOŚ mi wyszły

3. Delikatny płyn do płukania tkanin o intensywnym zapachu
+ miska

4. Grzebyk albo szczotka
Najbezpieczniejsza ta dołączana do lalek albo typu tangle teezer; ludzka, szczególnie z ostrymi ząbkami, może wyrywać


Przygotowane, to jest rozebrane do rosołu laleczki, po kolei zanurzałam w terpentynie. W przypadku chociażby Frankie, która posklejaną miała jedynie grzywkę, trwało to dosłownie chwilę, może minutę (przechylałam szklanką tak, by namaczać tylko grzywkę, nic więcej), natomiast Toralei, której włosy były w stanie katastrofalnym, potrzymałam w szklance z dobre trzy minuty. Po wyjęciu lalki nad ścierką palcami wmasowywałam terpentynę we włosy i rozdzielałam paznokciami pojedyncze pasma. Nie chciałam przesadzać, ponieważ wyszłam z założenia, że jeżeli terpentyna jest w stanie pozbyć się kleju z zewnątrz głowy, może również działać na klej wewnątrz niej – ten, który sprawia, że włosy nie wypadają. 


Gdy już czułam pod palcami, że mniej-więcej każdy włos da się rozdzielić i są one znacznie bardziej miękkie, zanurzałam je w misce z płynem do płukania. To ważne, by woda w misce nie była gorąca, a jedynie letnia. 


Po lepkiej mazi nie ma ani śladu! 💓

A po dłuższym płukaniu osuszałam włosy szmatką dokładnie tak, jak robię to ze swoimi własnymi. Gdy wszystkie lalki były już wykąpane i wstępnie osuszone, każdą poddałam suszeniu suszarką. Warunek jest jeden: suszymy tylko zimnym nawiewem. Gorący albo nawet ciepławy nawiew może sprawić, że klej, który nadal podtrzymuje włosy wewnątrz głowy lalki, znów może się rozpuścić i wypłynąć. Gdybym nie miała takiej suszarki, podejrzewam, że zostawiłabym lalki do naturalnego wyschnięcia, ustawiając je nieopodal kaloryfera, jednak niezbyt blisko.

Najbardziej bałam się o Toralei, która ma ubytki w makijażu brwi; za nic nie chciałam jej dobić, ale jednocześnie strasznie zależało mi na doprowadzeniu jej włosów do porządku. Ryzyk-fizyk, pełne zanurzenie i… opłaciło się. Terpentyna balsamiczna nie ma żadnego wpływu na makijaż lalek, nawet przy zanurzeniu kilkuminutowym, ale posiada jeden minus, obok którego trudno przejść obojętnie, a przez którego do listy rzeczy potrzebnych w całym procesie warto dopisać dwa Ibupromy Max. 

Katorżniczy smród

Jest paskudny i po godzinie, którą spędziłam na całkowitej zabawie, przyprawił mnie o koszmarny ból głowy. Wiem, że są w sklepach terpentyny bezzapachowe, ale nie ma co się łudzić – one też cuchną. Także jeżeli ktoś planowałby naprawić włosy swoim lalkom w łazience, powinien kilkukrotnie się  nad tym zastanowić, a potem samodzielnie dojść do wniosku, że to jedna z większych głupot. Ja, co widać na zdjęciach, kąpałam lalki w warsztacie, a jego wietrzenie przy otwartym na oścież oknie zajęło mi ponad dobę. Mało tego, lalki już osuszone i przeniesione do pokoju nadal oddawały zapach terpentyny, dlatego i w sypialni, w której rezydują, trzeba było na pół dnia otworzyć okno. Na końcu, gdy Monsterki były już w ubraniach, spryskałam je mgiełką zapachową, której zapach powinien osiąść się na materiale na dłużej… Mhm, ehe, ok; efekt był dość średni – zaczęło zaciągać terpentyną jakby rozlaną na łące. Bólu głowy przy zaledwie sześciu lalkach pozbyłam się dopiero po kilku godzinach i z pomocą tabletek. Z jednej strony, gdybym miała więcej lalek, pewnie wzięłabym wszystkie, aby przypadkiem nie musieć w najbliższym czasie powtarzać tego zabiegu. Z drugiej strony – gdybym miała w warsztacie spędzić piętnaście minut dłużej, chyba bym zwariowała. W porównaniu do zapachu benzyny, który lubię, terpentyna swoim smrodem przypomina bardziej chlorokauczuk, którego nie znoszę. Poza tym nie tylko śmierdzi, ale jest też toksyczna, więc najlepiej byłoby używać jej poza domem. Gdyby się okazało, że w najbliższej przyszłości uzbierałabym kilka kolejnych skołtunionych i lepkich głów, zapewne poczekam z kąpielami do lata i wyjdę z asortymentem na dwór.


Efekt? 



Może wydawać się, że na drugim filmiku białe pasmo wciąż jest sklejone, jednak włosy są po prostu jeszcze troszkę wilgotne. Praktycznie każdy włos da się od siebie oddzielić, a czesanie to prawdziwy fun. Włosy w dotyku są mięciutkie i gotowe, by ułożyć je według własnego widzimisię. 


Samą płukankę płynem do płukania tkanin polecam też stosować na tradycyjnych lalkach Barbie, u których o ile problemu nie stanowi klej, o tyle szarawe, poplątane, sianowate kołtuny to standard. Jeśli macie swoje lalki z dzieciństwa w domu i są już mocno wybawione i widać, że pełne miłości, ale trudno na nie patrzeć z powodu typowej szopy, a co dopiero gdzieś je postawić dla ozdoby – kilka sesji kąpieli w płynie do płukania i delikatne rozczesywanie powinny pomóc. Za to na pewno nie pomaga szampon do włosów. Nie jestem inżynierem, ale zaufaj mi.


Zdjęcie dość starawe, lalka zaledwie po pierwszej sesji płuknaką. 
Chciałabym kiedyś do niej wrócić i zadbać o nią mocniej; chyba muszę na dniach odwiedzieć rodziców, u których została. :)

czerwca 02, 2020

16. Byłam w papugarni [i nigdy już tam nie wrócę]

16. Byłam w papugarni [i nigdy już tam nie wrócę]


... przed koroną, ale jednak. Przy tym samą wizytę pamiętam na tyle dokładnie, że jestem w stanie przedstawić ją całkiem rzetelnie. 

lutego 29, 2020

15. Toplista literacka: „Nawet psy” (miejsce 10/10)

15. Toplista literacka: „Nawet psy” (miejsce 10/10)

Postanowiłam rozpocząć mini-cykl postów, dotyczący książek, które znajdują się na mojej półce treści wyróżnionych (tak, serio, mam taką półkę wysoko nad łóżkiem). Jest tam na pewno więcej książek niż dyszka, jednak wydaje mi się, że najpierw przedstawię pierwsze tyle, a potem, jeśli czas pozwoli, zrobi się drugą edycję. 

Od razu zaznaczam: nawet jeśli na półce znajduje się „Nieznośna lekkość bytu” Kundery czy „Rok 1984” Orwela, no i ukochany „Mistrz i Małgorzata” (koniecznie wersja: „Czarny mag”!), o tytułach tych napisał już chyba każdy, kto miał o nich coś do napisania i nie mam zamiaru dzielić tu włosa na czworo. Postaram się więc przedstawić teksty zdecydowanie mniej popularne, ale warte polecenia oraz, mam nadzieję, w pewien sposób nowatorskie, które mogłyby jakoś odbiorcę zaskoczyć fabułą, kreacją postaci czy formą, a najlepiej wszystkim naraz. Starałam się wybrać teksty różnogatunkowe, a ich selekcja oznaczona numeracją w skali 1 – 10 wiąże się raczej z moim sentymentem i nie jest to ocena sama w sobie. Nie cierpię oceniać książek odległych gatunkowo, zestawiając je ze sobą, zresztą nie uważam, by miało to sens. 
To co? Zaczynajmy!


MIEJSCE 10.

„NAWET PSY”, JON McGREGOR

Wydawnictwo Czytelnik, seria Nike, Warszawa 2012


Też macie coś takiego, że nie patrzycie w ogóle na okładkę, nie zwracacie na nią uwagi i przechodzicie od razu do blurbu? Moja półka pod względem estetycznym-okładkowym to chyba najbrzydsza półka literacka, jaką widział świat. Okładki większości utworów są małe, nadgryzione zębem czasu, a wydania – tanie i kieszonkowe. Nie przeszkadza mi to, cenię sobie minimalizm. Całą magię dostrzegam w dobrze napisanym blurbie (dobry blurb to przynajmniej jedna-czwarta sukcesu sprzedaży, tak sądzę). A blurb z „Nawet psy” ujął mnie z miejsca i wiedziałam, że książka będzie dobra. Po prostu. Wygląda on tak: 

Czekamy. Mamy cały czas świata – powtarza chór-narrator, który nadaje tej opowieści poetycką powagę i szlachetny ton antycznej tragedii greckiej.
Miasto gdzieś w Anglii. Jest koniec grudnia. W przejmujących okolicznościach poznajemy losy kilkorga mieszkańców – Roberta, Danny'ego, Laury, Steve'a, Heather. To ludzie z marginesu, alkoholicy, narkomani, bezdomni. Wykluczeni. Wszyscy egzystują na granicy życia i śmierci – cienkiej jak igła strzykawki, jak ostrze żyletki. 
Jeden z bohaterów znalazł się własnie po tamtej drugiej stronie. Towarzysząc mu do końca w ostatnim rytuale przejścia, chór żałobników snuje oscylującą między teraźniejszością a przeszłością narrację, czuły pożegnalny tren. 

Kupiłam to kieszonkowe wydanie dokładnie za 4.99 w Carrefourze i, szczerze mówiąc, był to mój najlepszy marketowy zakup literacki ever. Od tamtej pory regularnie przeglądam kosze z książkami, doszukując się kolejnych wartościowych i tanich maleńkości, jednak jeszcze nic nie przebiło powieści McGregora.
Jest to zaskakujące dla mnie tym bardziej, że przecież nie cierpię narracji prowadzonej w czasie teraźniejszym. Zwykle nie potrafię się w takie teksty wczuć i mam problemy z wyobrażaniem sobie, że coś dzieje się właśnie teraz, gdy czytam tekst, a nie wtedy, zanim ktoś go napisał. Omijam takie książki; gdy mam je w ręce, zwykle odkładam je z powrotem na sklepowe półki. Jednak w tym przypadku coś mnie tknęło i postanowiłam dać szansę... Bo nie tylko blurb mnie urzekł, lecz również pierwszy akapit.


Drzwi wyważyli, jest koniec grudnia, i wynoszą ciało. 

Historia zaczyna się od wybuchu, a potem napięcie jedynie rośnie. Narracja jest dynamiczna, a opisy miejsc – skrzętnie wplecione w akapity przeżyć wewnętrznych, czynności i wspomnień postaci. W „Nawet psy” wszystko przeplata się ze wszystkim, atmosfera jest gęsta. Nie uświadczyłam męczącej ekspozycji, każde wykorzystane przez autora słowo ma znaczenie i pełni istotną rolę: albo buduje klimat i szkicuje miejsce akcji, albo przedstawia specyficzny sposób myślenia postaci lub chóru (wspomnianego w blurbie). Zakładam, że ciężko sobie to wyobrazić, właściwie bardzo ciężko oddać mi specyfikę tej książki, stąd w poście aż dwa dłuższe jej fragmenty. Oto ten pierwszy; pierwsze akapity powieści. Spróbujmy raz jeszcze:

Drzwi wyważyli, jest koniec grudnia, i wynoszą ciało. 
Powietrze zimne, dokuczliwe, niebo karci stalowym spojrzeniem sinawego oka, drzewa wybielone na kość zmrożonym blaskiem słońca. Stoimy grupką przy zaryglowanych drzwiach. (...)
Śmietnik na podłodze chrzęści i trzaska pod butami. Dwaj policjanci posuwają się powoli, pozwalając się prowadzić światłu latarek. Nawołują, coś jak Halo, policja, halo. Spoglądają po sobie i zapuszczają się głębiej w przestrzeń mieszkania. Młodszy, który na końcu korytarza skręcił w prawo, znajduje ciało leżące na podłodze w salonie. (...) Czekają. Patrzą na ciało. Wszyscy wpychamy się do pokoju i patrzymy na ciało. Wzdęta i rozmiękczona skóra, zapadłe oczy, oleista kałuża płynów. Drgania i ruchy nowo wyklutego życia, żerującego na trupie. 
Nigdy nie czytałam niczego bardziej dynamicznego i oszczędnego w słowach. Przeczytanie książki zajęło mi zaledwie chwilę; „Nawet psy” zabrałam w kilkugodzinną podróż do Warszawy i całą drogę nikt w przedziale nie miał ze mną kontaktu. Przez całą podróż jeśli śmiałam się, to tylko pod nosem, tylko ironicznie, oszczędnie. Częściej się wzdrygałam, czułam dyskomfort i strach, współczucie. Albo nie czułam zupełnie nic, wyprana z emocji, zmęczona, niezdziwiona. Powieść jest dramatyczna, niesie za sobą ogromny ładunek emocjonalny, potrafi wyciągnąć z czytelnika skrajne współczucie lub skrajny chłód wobec bohaterów przegranych. Są momenty, w których widziałam w nich zwykłe jednostki – takie jak każdy z nas – którym jednak znowu w życiu nie wyszło, i trzymałam za nie kciuki, by za chwilę podsunięto mi scenę podejmowania decyzji, po której, cóż, trudno było nazwać bohatera pozytywnym, trudno było go dłużej bronić.

Zawsze lubiłam powieści trudne, poruszające tematy narkomanii, mam za sobą lekturę kilku książek Baśki Rosiek, przerabiałam „My dzieci z dworca ZOO” czy „Nikt nie wyjdzie stąd żywy” o Morrisonie. Jednak „Nawet psy” jest od każdej z tej powieści po prostu inna. Z jednej strony momentami napisana jak wysokiej klasy kryminał, z wykorzystaniem współczesnych technik narracyjnych deep POV i perfidnymi cliffhangerami, z drugiej – antyczny dramat pisany prozą, w którym czytelnik przechodzi przez kolejne akty, aby towarzyszyć postaci w rytuale przejścia na drugą stronę.

Siłą tej powieści jest właśnie narracja. Często narrator to my – tłum gapiów, żałobny chór przyglądający się i oceniający życie bohaterów. Jednak fragmentami, w osobnych akapitach, bardzo płynnie i zręcznie przechodzi ona w narrację personalną, przedstawiającą punkt widzenia postaci. Mamy więc ten pełnokrwisty deep Point Of View tak bardzo przypominający strumień świadomości ćpuna, cholernie przejmujący i porywający w podróż po zakamarkach angielskich slumsów. Stylizacja językowa idealnie odzwierciedla kogoś, kto faktycznie żyje w trudnym, ulicznym środowisku, zna je od podszewki. Tu ukłony i brawa dla McGregora za research. Nie wiem, czy by to napisać, spędzał czas na squatach, w przytułkach czy Monarach, ale wyszło to książce na dobre.

Tak, jest dużo przekleństw. I często nie są one oddzielane od reszty zdania przecinkami. Zresztą „Nawet psy” to idealny przykład autorskiego nonkonformizmu. Część zdań kończących akapity nie kończy się nawet kropką; podejrzewam, że z dwóch powodów. Raz, że czytelnik dostaje jasną, a zarazem bardzo zręcznie i subtelnie wplecioną w tekst wskazówkę, że wychodzi właśnie z głowy Danny'ego i przechodzi do narracji chóralnej. Dwa: postać nie kończy jeszcze jednej myśli, a od razu zaczyna inną albo wraca do wcześniej zgubionego wątku. Bo tak działają przecież ludzkie myśli – nie są poukładane, są właściwie nieskończone, więc wcale nie muszą kończyć się kropką.

Nigdy nie czytałam książki, w której zastosowana narracja byłaby aż tak blisko postaci, tego, co skrywa ona w swojej głowie. Tekst jest bardzo chaotyczny, pojawiają się akapity wspomnień, ale jednocześnie nie miałam nigdy problemu, by cofać się w tekście, coś sobie poukładać, dopasować retrospekcję. Z tekstem się płynie i... wszystko z czasem układa się w jedną całość.


Dla zobrazowania podrzuciłam fragment, który idealnie przedstawił – dla jednych problem, a dla mnie największy walor powieści – narrację. Specjalnie nie napisałam nic o fabule, ponieważ książka jest dość krótka i składa się raczej z wyrwanych z kontekstów obrazów i skojarzeń, które trudno przedstawić jak fabularną całość i jakoś je zapowiedzieć. Oczywiście, poza narracją o tym, jak wygląda życie na głodzie czy po wzięciu, w powieści pojawia się całkiem sporo scen dynamicznych (pobicia, kradzieże, włamania, rozprawy), mamy też mocne dialogi. Zdecydowanie lepiej – niż o tym za dużo przeczytać – jest po prostu je przeżyć wraz z bohaterem, będąc jego chórem. Książka nie liczy sporo, nawet nie trzysta stron przy formacie kieszonkowym.

Jasne, że wierzę, że warto dać jej szansę (patrzę z uwagą na tych, którzy chcą się uczyć pisać w POV i przy okazji chcą mieć dynamiczną prozę). Ale jednocześnie nie mam złudzeń, bo wiem, że to książka-ferment. I zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją też czytelnicy, dla których taka dawka niepoukładanych akapitów przedstawiających czysty strumień świadomości – głównie wspomnień z ulicy – może być nużąca. Ktoś mniej uważny, nienastrojony lub niewypoczęty przed lekturą może się łatwo zniechęcić, zirytować, a po kilku stronach nawet wkurzyć. Każdy powinien jednak sam ocenić, na ile odpowiada mu taka niby-niestaranna, ale starannie przemyślana przez autora forma. Ja jednak radzę dobrze się wyspać przed wejściem do tego pociągu. 

Nie dość, że droga w jedną stronę, to jeszcze nie da się wysiąść.

stycznia 17, 2020

14. Jestem tu dla ciebie..., czyli odpowiedź na rant i NAKWA

14. Jestem tu dla ciebie..., czyli odpowiedź na rant i NAKWA
[Post zawiera lokowanie produktu i niesamowity ból dupy]

Ten tekst nie jest stricte o pisaniu. To spory rant na toksycznych ludzi, którzy potrafią pozbawić radości z zajmowania się hobby. A nawet zupełnie od niego odwieść. To będzie ogromny rant na toksycznych ludzi, którzy pod płaszczykiem niesienia pomocy, w białych rękawiczkach dokopują Ci kolejnych kompleksów.
Deneve na: Like no otter 
cały wpis: [TUTAJ]

Na początku chciałam swoją odpowiedź do tego tekstu umieścić w komentarzu, ale – oczywiście – napisałam ją za długą. Choć w sumie co ja tak właściwie wiem o NAKW-ie, żeby podejmować temat? Przecież nigdy nie należałam do tego towarzystwa, znam właściwie tylko garstkę osób powiązanych z forum. To jednak mi wystarczyło, by w jakiś sposób napisać coś więcej niż: dzięki, Den, że o mnie wspomniałaś, to bardzo miłe, fajnie nam razem na Łezkach, rób dalej swoje, bo robisz to naprawdę świetnie – przynajmniej dla mnie. A że całkiem niewiele wiem o zawodowej redakcji beletrystyki i wszystko sugeruję ci na czuja, istnieje spore prawdopodobieństwo, że Proustem nie jesteś, Kunderą zresztą też nie. 

[I TAK WSZYSCY WIEDZĄ, ŻE PROUST POSYSA; LUDZIE, CZYTAJCIE ŁEZKI!]

Chciałam więc trochę powspominać i napisać, jak to osobiście uważam, że zielony długopis jest lepszy od czerwonego, ale... wtedy doszły mnie słuchy o czymś bardzo, bardzo niskim. Wróćmy się pamięcią do jednego z najsłabszych październików w moim życiu:



Ktoś mało życzliwy wykopał tę sytuację z odmętów mojego FB i w kółeczku wzajemnej adoracji zaczął sugerować, że: Paczcie, Den kupiła jej pizzę, na pewno chce się jej podlizać i szuka przyjaciół. Takie hasła padały w tamtych rozmowach. Och, jaka szkoda, że pizza od Den nie stanęła mi wtedy gardle, a Julek ostatecznie się nie znalazł, hmm? Może gdyby się znalazł i zgubił raz jeszcze, to...? No właśnie, co. W głowie mi się nie mieści, jaką świnią trzeba być, aby brać pod lupę osobiste, małe bądź duże, tragedie i kwestionować je w taki sposób. I tak, jestem wkurzona. Każdy jest, gdy ktoś wpieprza się z butami w prywatność i wykorzystuje do tego sytuacje, które, cóż, śmieszne nie są. I w jakiś sposób ciągle, kurwa, bolą.
[Bo strata kota to takie huehuehuehue śmieszne jak depresja Winky; uprzedzałam, że poziom niski]. 

Wracając jednak do tematu 

Napisałam już na początku: nigdy nie należałam do NAKW-y, choć kilka razy byłam o krok od założenia konta na forum. Zawsze jednak się bałam. Czytałam posty nawet nie te o analizach opowiadań, ale głównie o literaturze czy społeczne i zawsze wydawało mi się, że na wiele z tych tematów mam naprawdę sporo fajnych rzeczy do powiedzenia, ale... bałam się, że ktoś będzie miał inne zdanie niż moje i mnie skrytykuje. Normalna sprawa – dyskusja w sieci, której punktem wyjścia są różnice poglądów – tak, ale... nie do końca.

Miałam wtedy już swoje małe doświadczenia (bardziej upadki niż wzloty, umówmy się) w ocenianiu. Widziałam, co się dzieje w komentarzach i jakie opinie krążą o młodych osobach, które zabierają się za pisanie postów o tym, czy podobają im się opka w sieci, czy też nie. Wizja innego zdania w konfrontacji na forum NAKW-y była też dla mnie synonimem jedynego słusznego zadania, a to zaś było całkiem bliskoznaczne dla: „Sko, jesteś po prostu głupia”. No dobra, byłam w pewnym sensie głupia, bo ponad dekadę temu napisałam kilka słabych ocen, w których chociażby sugerowałam ludziom, że nie ma za bardzo różnicy między dywizem a myślnikiem i w opeczkach blogowych nikt nie patrzy na poprawne cudzysłowy. Po takich sytuacjach lepiej się więc było nie wychylać i robić swoje najlepiej jak się umie. I uczyć się. 

Tak jak Denki nie usprawiedliwia wiek w przypadku pisania jadowitych komci (których, o dziwo, nie pamiętam pod ocenami na Shibuyi), tak mnie nie usprawiedliwiała niewiedza i ignorancja technikaliów. Nie usprawiedliwia mnie to, że pisałam te ocenki, będąc zdecydowanie za młoda, by je pisać, ale dzięki temu, że je wtedy pisałam na umór i ktoś mnie poprawiał, jestem tu, gdzie jestem, i dziś nie mam większych problemów z pisownią. Może faktycznie byłam za głupia, by przed puszczeniem publikacji wpisać w guglu „czym się różni myślnik od dywizu”, ale nie byłam jednak aż tak głupia, by nie zapamiętać poprawnej zasady, gdy już ktoś mi na nią zwrócił uwagę, a do tego sam podrzucił linka. To mi pozakazywało, że można, a nawet trzeba robić research. Ktoś jednak musiał mi to dać do zrozumienia.
To są pozytywy, które dało mi towarzystwo z NAKW-y.


[cholernie miłe wspomnienie; kliknij, by powiększyć]


Praca z kimś lepszym

Jak widać po screenie, moja praca nad sobą została zauważona – te trzy zdania, niby nic, pozwalały mi przez kolejne miesiące cieszyć się swoimi efektami. Napędzały mnie dokładnie tak, jak napędza zielony długopis. Problem w tym, że... na tym komentarzu się skończyło. Inne przywoływania moich nicków nie były już takie przyjemne; och, znalazły się osoby, które w „pracy ze Skoią, by mogła się wyrobić” obrały sobie kierunek zgoła inny [cytaty z wiadomości prywatnych, komentarzy pod postami etc.].


Doprawdy, jesteś pocieszna z tymi błędami.
Niereformowalny beton.
Ty serio masz odwagę podpisać się pod taką bzdurą? Omg. 

Zaraz po takich komentarzach pojawiały się oczywiście sugestie znacznie lepiej brzmiących zdań czy bardziej naturalnie brzmiących rozwiązań narracyjnych oraz rzeczowe argumenty przekonujące do innych racji. Czy trzeba było jednak przekazywać to wszystko w sposób jednoznacznie agresywny? Jak pisze Den: w białych rękawiczkach? Czy poprawiano mnie, na pewno mając w intencji dbałość o stan użytkowników blogosfery i w trosce o opka moje i autorów, których oceniałam? Gówno-dupa; wszyscy wiedzą, że chodziło o radosne ponapierdalanie się z nas. Przepraszało się jednak za siebie, samobiczowało, nie powtarzało więcej głupot (człowiek uczy się całe życie; ostatnio nawet – pamiętasz, Den? – jak przytoczyłaś mi różnicę pomiędzy domyślić a domyśleć? Wiem, że wiedzy, której jeszcze nie mam, jest w opór). W latach świetności NAKW-y, wśród podobnie brzmiących uwag była więc cała masa wskazówek, o które mi właśnie chodziło, więc przełykało się łzy i robiło dalej swoje. Ciemna strona pracy z lepszymi, c'nie?

Jestem tu dla ciebie

Teraz jednak wiem, że żadne z tych uwag nie musiały być aż tak kąśliwe. Nie musiały, bo skoro ja potrafię podawać je dziś dalej zdecydowanie mniej agresywnie, to znaczy, że się da. Tylko trzeba chcieć być fair i pamiętać, że po drugiej stronie ekranu jest druga osoba, a nie worek do sklepania i materiał na mem. Przy czym też zdarza mi się robić w ocenkach kontent, ale:
raz: zawsze dotyczy on treści (konkretnego fragmentu) i nie ciągnie się za autorem, rzutując na resztę jego pracy przez wiele kolejnych lat;
dwa: staram się nie tworzyć złudnej iluzji, że wszystko, co sugeruję, to prawda objawiona;
trzy: najczęściej pytam, czy mogę sobie pozwolić na tego rodzaju humor;
cztery: nigdy nie użyłabym tak brzmiących słów wobec aspirującej szesnastolatki, wiedząc, że może ją to zablokować. Najbardziej cieszą mnie efekty, które można obserwować – widzieć, jak tekst się zmienia, ewoluuje, staje się czymś, co działa trochę mocniej i lepiej. Ja po prostu kocham te wszystkie momenty, gdy autorzy pod ocenami piszą: na początku trochę bolało, ale w sumie ten tekst wygląda dzięki tobie lepiej, mogę ci wysłać nową wersję na priv albo zgłosić się znów? – „Jasne że tak, przecież jestem tu dla ciebie!”. Być więc fair nie jest trudne i jednocześnie nie odbiera radochy z pisania ocen, gdy można zażartować z błędów stylistycznych, ba, nawet okrasić je gifem; trzeba jednak z tyłu głowy mieć wyznaczoną granicę, mieć w sobie trochę empatii. Bo co mi po tym, że ktoś wypierdoli cały plik do kosza i nigdy już do niego nie siądzie? Jakby to miało o mnie świadczyć? Błagam. Jak mnie więc zdziwiło, gdy ktoś w jakimś stopniu powiązany z NAKW-ą (i, przy okazji, była oceniająca) wszedł kiedyś na WS i zarzucił coś takiego:

Czyli, dziewczyny, jak to u was działa? Komentujecie i analizujecie tekst, ale nie służy to wyciąganiu wniosków? I jeśli przyjdę i powiem, że jest inaczej, że nie macie racji, to ok? Jeżeli analizujecie w przestrzeń, bez konsekwencji... 

Nie. Nie bez konsekwencji. Po prostu nie z pozycji: słuchaj mnie, bo wiem lepiej. Moja odpowiedź  do tego komentarza brzmiała więc:

Cytaty i komentarze do nich to zawsze wskazówki. Możesz po nich uznać, czy to, co widzimy i przedstawiamy, pokrywa się z twoimi założeniami. Jeżeli się pokrywa – znaczy to dla ciebie tyle, że tekst ci wyszedł. Jeżeli rozminęłyśmy się w ocenie z twoimi założeniami – coś nie działa, coś trzeba poprawić, w komentarzach możemy dyskutować o tym dalej. 

Odpowiedź byłej oceniającej:
Ok. Dobra. Czyli po prostu odwykłam od tej formuły (...). Na innych tekstach pracuję zgoła inaczej, to pewnie wina tego. 

I wracam do wymiany tych komentarzy, ponieważ mocno kojarzą mi się one z tym, jak toksycznie dyktatorsko działała NAKWa i przyzwyczaiła innych do niskiego poziomu empatii i wyznaczania czarno-białego: nasze dobre – twoje złe. Ale, tak szczerze, czy naprawdę istnieje jakakolwiek inna możliwość ocenia opek w sieci, niż ocena stworzona jedynie na bazie luźnych sugestii? Nigdzie nie gwarantuję, że jestem odpowiednią osobą do wyrokowania i nikomu nie macham przed nosem dyplomem, którego zresztą nie mam; pisałam na początku – istnieje realne prawdopodobieństwo, że po ocenie autor wcale nie będzie drugim Proustem.
Nigdy, ale to nigdy na WS nikt nie wymuszał na autorach konkretnych zmian (no chyba że w kontekście technikaliów; czasem trudno kłócić się o zasady pisowni). Uważam, że w przypadku fabulariów to oceniający nie posiada bazy (tak, nie siedzi w głowie autora), by całkowicie zmieniać tekst pod siebie. Nie zna założeń, emocji, dalszych pomysłów – ma tylko tekst często mniej niż bardziej udany. Sugestie, wskazówki, przepisane przykłady cytatów, w których oceniający coś pozmieniał – jasne, one mają pomóc autorowi poprawić first draft, dać do zrozumienia, że tekst inaczej działa na potencjalnego czytelnika, niż autor pierwotnie zakładał. Ocena to jednak żadna jedyna słuszna prawda objawiona, której akceptacji oceniający ma prawo w jakiś sposób żądać. Zakładam, że nie jestem na tyle światła, by cokolwiek na kimkolwiek wymuszać i przekonywać do swoich racji na siłę, nazywając drugą stronę betonem i jadąc po moralach ad personam, zresztą czuję, że nie potrafiłabym wydobyć z siebie takiej dyktatorskiej i jednocześnie agresywnej narracji, z którą nie miały problemów niektóre osoby z NAKW-y. W tym, sądzę, tkwi największa różnica między nami.
[No ale wiecie, kogoś bawią zgubione zwierzęta, a kogoś zgubione podmioty].

Cieszę się więc tym bardziej, Den, że odcięłaś się od tego towarzystwa i zrobiłaś w końcu selekcję. Szkoda, że aby do tego dotrzeć, trzeba się było naprawdę porządnie przejechać. Zachowanie niektórych person powiązanych z forum przeszło moje oczekiwania, a przecież już w tym nie uczestniczysz, więc atmosfera powinna być oczyszczona z toksyn...
No, najwyraźniej nie bardzo. [xD]




[A, bo bym zapomniała! W niedzielę na Łezkach pojawił się nowy rozdział. CZYTAJCIE ŁEZKI!]

Copyright © 2016 Nasyć ego dobrą karmą , Blogger