... przed koroną, ale jednak. Przy tym samą wizytę pamiętam na tyle dokładnie, że jestem w stanie przedstawić ją całkiem rzetelnie.
Przyznam szczerze, że długo zastanawiałam się nad takim ruchem. No bo z jednej strony fajnie jest tak po prostu zobaczyć z bliska papużki i zrobić sobie z nimi ładne zdjęcia, a z drugiej naprawdę sporo naczytałam się wcześniej o tej działalności. Od dawna śledzę Papuzie Centrum Informacyjne, zdaję sobie sprawę z problemów, z jakimi mierzą się papugi w takich miejscach i nie miałam zamiaru dokładać cegiełki do biznesu, który stoi w opozycji do moich przekonań i zupełnie nie współgra z czystym sumieniem.
Inna sprawa, że jestem też osobą, która nie lubi oceniać tego, czego nie widziała na własne oczy. Tak po prostu. I choć pewnie brzmi to trochę jak usprawiedliwianie pierwszego punktu, czytaj: zobacz fajne papużki, to jednak zależało mi na tym, aby przekonać się na własnej skórze, jak bardzo złym miejscem są takie... miejsca.
No i się przekonałam.
Zanim jednak zacznę, chcę napisać o jednej ważnej dla mnie rzeczy, istotnej, by zachować rzetelność wpisu: nie znam się na papugach. Nie jestem w stanie na podstawie własnych obserwacji powiedzieć o ich dobrostanie więcej niż: papuga wygląda źle/dobrze/chorowicie/zdrowo, a obserwacje te wcale nie muszą pokrywać się ze stanem faktycznym, ponieważ żadna ze mnie specjalistka. Jednak nie muszę nią być, aby napisać, że nie podobało mi się to, co zobaczyłam w odwiedzonej papugarni. Chodzi zarówno o kwestie zachowania i zdrowia ptaków, jak i mniej etyczne, ale działające na niekorzyść całej działalności, czyli kwestie takie jak estetyka miejsca czy obsługa klienta.
Ale zacznijmy od początku.
Katowicką papugarnię Carmen wybrałam, biorąc pod uwagę jej bliskość. Mam do niej kilkadziesiąt kilometrów, ale – wychodzi na to, że na szczęście – żadna inna nie znajduje się w pobliżu Kędzierzyna. No i też była to jedna z tych, o których wcześniej nie czytałam. Miałam dość świeże informacje o tym, jak funkcjonują papugarnie w Warszawie, Wrocławiu i Krakowie. Tym bardziej zdecydowałam się odwiedzić tę, o której wcześniej nie miałam okazji przeczytać ani niczego dobrego, ani złego – aby się głupio nie uprzedzać.
W, nazwijmy to, przeprowadzeniu researchu towarzyszył mi Paweł. Zaraz po wejściu uderzyło nas jedno: zupełny brak personelu. Od drzwi głównych do pomieszczenia, w którym można było zarówno zdjąć kurtkę, jak i kupić pamiątkę, korytarzem nie pokierowała nas chociażby jakaś strzałka. (W samym korytarzu było kilka drzwi i w sumie mało brakowało, a weszłabym do jakiegoś pomieszczenia służbowego). Na recepcji natomiast, za ladą, siedziała jedna osoba – dziewczyna – na oko może nawet niepełnoletnia. Za to, czy była dorosła, nie dałabym sobie ręki odciąć; przypominała raczej wolontariuszkę. Z drugiej strony nigdzie nie dostrzegłam jej opiekuna ani żadnej osoby, która wyglądałaby na pełnoletnią.
Dziewczyna zapytała jedynie, czy byliśmy już kiedyś w papugarni, a gdy odpowiedzieliśmy słusznie, że nie, udzieliła nam właściwie tylko trzech wskazówek. Żebym uważała na okulary, zdjęła wiszącą biżuterię (którą już wcześniej zostawiłam w samochodzie) i abyśmy nie zaczepiali ar, czyli tych dwóch największych papug. Wydała nam dwa bileciki, za które zapłaciliśmy coś koło czterdziestu złotych, potem zapytała, czy chcemy karmę w kubeczku, na co przytaknęliśmy, płacąc po dwa złote za kubeczek. W końcu dziewczyna, nawet nie wstając zza lady, ręką wskazała nam drzwi ukryte za ciętymi paskami pleksy, do których prowadził korytarz, w którym znajdowała się jeden dozownik do dezynfekcji rąk. Za korytarzem znów drzwi z ciętej pleksy i... oto znaleźliśmy się w ptasim królestwie.
Pierwsze wrażenie? O rety, jakie to malutkie. Właściwie cała papugarnia składa się z jednego pomieszczenia, które obeszłam może w pół minuty. Jest góra, do której bramka i schodki były zablokowane i to na górnych balustradach przesiadywała część ptactwa. Po bokach, w ciemniejszych kątach pod niższym dachem znajdowały się puste belki i suche gałązki, a na środku stało sporych rozmiarów drzewo, na którego gałązkach wisiało to, co zapewne było kiedyś kilkoma zabawkami. Nie widziałam za to poidełek i miseczek z jedzeniem, ale być może znajdywały się one na zablokowanym pięterku, co wydaje się dobrym rozwiązaniem, ponieważ papugi mają trochę miejsca tylko dla siebie. Wcześniej, na stronie Papuziego Centrum Informacyjnego czytałam, że dobrze, by papugi miały sporo żywej zieleni, jednak tu nie zauważyłam żadnej. Wszystko wydawało się suche i strasznie ponure.
Pamiętam, że zaraz po wejściu na halę zupełnie nie wiedzieliśmy z Pawłem, co zrobić i jak się zachować – zdziwieni odkryliśmy, że dziewczyna z recepcji nie poszła za nami. Nie było też innych klientów. Zostaliśmy więc zupełnie sami z wieloma gatunkami ptaków, które patrzyły na nas z góry, dopóki na wyciągniętej ręce nie wystawiłam kubeczka. Wtedy wydarzyły się naraz dwie rzeczy: podleciała do mnie afrykanka kongijska i wyrwała mi cały kubeczek, natychmiast odlatując; a dwie inne papugi podleciały do mnie, dość mocno wczepiając mi się jedna w ramię, a druga we włosy. Było to zachowanie dość agresywne i widziałam, że polegało tylko i wyłącznie na wydobyciu od nas jedzonka, bo gdy papugi zorientowały się, że inna zwinęła mi kubeczek, natychmiast mnie zostawiły i obleciały Pawła, który swój kubeczek trzymał dość mocno.
W czasie, gdy on próbował jednocześnie karmić papugi solidarnie – w miarę po równo – a jednocześnie nie dać się zbytnio poturbować (jemu również mocno wczepiały się we włosy), ja miałam chwilę, by się rozejrzeć. Jeżeli chodzi o ptaki, samodzielnie rozpoznałam jedynie ary, papużki faliste, kakadu i aleksandrettę, całe mnóstwo innych gatunków aż do naszego wyjścia pozostało dla nas nieznane – już nawet nie tyle właśnie z gatunku, ale chociażby z imienia. Afrykankę, którą już wspomniałam, mogłam zdefiniować dopiero później po zdjęciach w sieci. No dobrze, ale czego się spodziewałam? Tablic jak w zoo z przedstawionymi ciekawostkami i zdjęciami? Niekoniecznie. Raczej personelu, w tym przewodnika, który zaopiekuje się nami i przedstawi nam choć kilka informacji, również o tym, jak mamy się zachowywać. Nie wiedzieliśmy na przykład, czy możemy płynnym ruchem ręki prowokować siedzące nam na przedramionach papugi do odlotu, szczególnie że niektóre zaczynały być bardzo napastnicze. Po jakichś dwudziestu minutach do pomieszczenia wszedł chłopiec, na oko może czternastoletni, z miotłą, który zamiótł podłogę tylko przy drzwiach i zaraz wyszedł. Odniosłam wrażenie, że został przysłany do sali tylko po to, aby sprawdzić, czy wszystko jest w ogólnym porządku. W czasie całej wizyty odwiedził nas tak niepozornie ze trzy-cztery razy, ale wydawał się raczej nieśmiały, odwracał się do nas plecami i trzymał się tylko blisko drzwi, toteż nie zagadywaliśmy go.
Jako że nie miałam już karmy, papugi nie były mną zainteresowane. Wystarczyło jednak zajrzeć do donicy z korą i ściółką, która znajdowała się na środku hali, by odnaleźć kilka innych plastikowych kubeczków, niektórych nawet jeszcze pełnych, więc poczęstowałam się jednym. Gdy spojrzałam pod nogi, zauważyłam, że ich wydziobane ostre fragmenty mieszają się ze ściółką. Pamiętam, że chciałam wtedy zadać pytanie, czy nie są to elementy groźne dla zwierząt, tym bardziej że sporo papug dreptało po ziemi, ale nie miałam komu go zadać. Nie miałam też kogo zapytać o to, która papuga znów wczepiła mi się we włosy i czy mogę w ogóle próbować ją samodzielnie zdjąć, czy – jak w czeskim safari zoo – muszę czekać, aż zwierzę samo odejdzie. W tym czasie pamiętam, że Paweł, choć widziałam, że podobały mu się papugi, patrząc niepewnie na ary, zapytał półszeptem: a co, jak te dwie na nas sfruną? No i nie doczekaliśmy się odpowiedzi, bo na szczęście ary trzymały się od nas z daleka.
Jedna ararauna nie miała upierzenia na brzuchu i wyglądała niezdrowo, ale nie wiem, czy to nie ze starości. Była też raczej osowiała, przez cały nasz pobyt siedziała tylko na jednej gałązce, niczym się nie bawiła, wydawała się przysypiać i puszyć, mimo że nie odwiedzaliśmy papugarni przed samym zamknięciem.
Inne papugi, jak już pisałam, albo poszukiwały jedzenia na ziemi, albo oblatywały nas, czasem dość agresywnie, gdy wyciągaliśmy w ich stronę kubeczki. Nie dało się nie zauważyć, że papugi są ogólnie znudzone tudzież zmęczone, łase na jedzenie, ale zupełnie niechętne do większych interakcji. Nie interesowały się nami ani na przykład aparatem, jedynie jedna młodziutka papużka w pewnym momencie zaczęła szarpać mnie za okulary, których nie mogłam zdjąć i schować, ponieważ nie mogłabym się wtedy poruszać po pomieszczeniu. Ciężko było ją odsunąć lub zainteresować czymś innym, zresztą nie było czym, ponieważ w sali nie znalazłam praktycznie żadnych zabawek udostępnionych papugom ani specjalistów, którzy mogliby papużkę ode mnie zabrać. Poczekałam więc, aż sama się znudzi, ostrym dziobem skubiąc po lakierze okularów, a Paweł spróbował przekonać ją do siebie słonecznikiem. Na szczęście się udało.
W, nazwijmy to, przeprowadzeniu researchu towarzyszył mi Paweł. Zaraz po wejściu uderzyło nas jedno: zupełny brak personelu. Od drzwi głównych do pomieszczenia, w którym można było zarówno zdjąć kurtkę, jak i kupić pamiątkę, korytarzem nie pokierowała nas chociażby jakaś strzałka. (W samym korytarzu było kilka drzwi i w sumie mało brakowało, a weszłabym do jakiegoś pomieszczenia służbowego). Na recepcji natomiast, za ladą, siedziała jedna osoba – dziewczyna – na oko może nawet niepełnoletnia. Za to, czy była dorosła, nie dałabym sobie ręki odciąć; przypominała raczej wolontariuszkę. Z drugiej strony nigdzie nie dostrzegłam jej opiekuna ani żadnej osoby, która wyglądałaby na pełnoletnią.
Dziewczyna zapytała jedynie, czy byliśmy już kiedyś w papugarni, a gdy odpowiedzieliśmy słusznie, że nie, udzieliła nam właściwie tylko trzech wskazówek. Żebym uważała na okulary, zdjęła wiszącą biżuterię (którą już wcześniej zostawiłam w samochodzie) i abyśmy nie zaczepiali ar, czyli tych dwóch największych papug. Wydała nam dwa bileciki, za które zapłaciliśmy coś koło czterdziestu złotych, potem zapytała, czy chcemy karmę w kubeczku, na co przytaknęliśmy, płacąc po dwa złote za kubeczek. W końcu dziewczyna, nawet nie wstając zza lady, ręką wskazała nam drzwi ukryte za ciętymi paskami pleksy, do których prowadził korytarz, w którym znajdowała się jeden dozownik do dezynfekcji rąk. Za korytarzem znów drzwi z ciętej pleksy i... oto znaleźliśmy się w ptasim królestwie.
Dość biednym, że tak napiszę. Część papug, której nie widać na zdjęciu, siedziała niżej. Inne – spacerowały po ziemi.
Pierwsze wrażenie? O rety, jakie to malutkie. Właściwie cała papugarnia składa się z jednego pomieszczenia, które obeszłam może w pół minuty. Jest góra, do której bramka i schodki były zablokowane i to na górnych balustradach przesiadywała część ptactwa. Po bokach, w ciemniejszych kątach pod niższym dachem znajdowały się puste belki i suche gałązki, a na środku stało sporych rozmiarów drzewo, na którego gałązkach wisiało to, co zapewne było kiedyś kilkoma zabawkami. Nie widziałam za to poidełek i miseczek z jedzeniem, ale być może znajdywały się one na zablokowanym pięterku, co wydaje się dobrym rozwiązaniem, ponieważ papugi mają trochę miejsca tylko dla siebie. Wcześniej, na stronie Papuziego Centrum Informacyjnego czytałam, że dobrze, by papugi miały sporo żywej zieleni, jednak tu nie zauważyłam żadnej. Wszystko wydawało się suche i strasznie ponure.
Pamiętam, że zaraz po wejściu na halę zupełnie nie wiedzieliśmy z Pawłem, co zrobić i jak się zachować – zdziwieni odkryliśmy, że dziewczyna z recepcji nie poszła za nami. Nie było też innych klientów. Zostaliśmy więc zupełnie sami z wieloma gatunkami ptaków, które patrzyły na nas z góry, dopóki na wyciągniętej ręce nie wystawiłam kubeczka. Wtedy wydarzyły się naraz dwie rzeczy: podleciała do mnie afrykanka kongijska i wyrwała mi cały kubeczek, natychmiast odlatując; a dwie inne papugi podleciały do mnie, dość mocno wczepiając mi się jedna w ramię, a druga we włosy. Było to zachowanie dość agresywne i widziałam, że polegało tylko i wyłącznie na wydobyciu od nas jedzonka, bo gdy papugi zorientowały się, że inna zwinęła mi kubeczek, natychmiast mnie zostawiły i obleciały Pawła, który swój kubeczek trzymał dość mocno.
W czasie, gdy on próbował jednocześnie karmić papugi solidarnie – w miarę po równo – a jednocześnie nie dać się zbytnio poturbować (jemu również mocno wczepiały się we włosy), ja miałam chwilę, by się rozejrzeć. Jeżeli chodzi o ptaki, samodzielnie rozpoznałam jedynie ary, papużki faliste, kakadu i aleksandrettę, całe mnóstwo innych gatunków aż do naszego wyjścia pozostało dla nas nieznane – już nawet nie tyle właśnie z gatunku, ale chociażby z imienia. Afrykankę, którą już wspomniałam, mogłam zdefiniować dopiero później po zdjęciach w sieci. No dobrze, ale czego się spodziewałam? Tablic jak w zoo z przedstawionymi ciekawostkami i zdjęciami? Niekoniecznie. Raczej personelu, w tym przewodnika, który zaopiekuje się nami i przedstawi nam choć kilka informacji, również o tym, jak mamy się zachowywać. Nie wiedzieliśmy na przykład, czy możemy płynnym ruchem ręki prowokować siedzące nam na przedramionach papugi do odlotu, szczególnie że niektóre zaczynały być bardzo napastnicze. Po jakichś dwudziestu minutach do pomieszczenia wszedł chłopiec, na oko może czternastoletni, z miotłą, który zamiótł podłogę tylko przy drzwiach i zaraz wyszedł. Odniosłam wrażenie, że został przysłany do sali tylko po to, aby sprawdzić, czy wszystko jest w ogólnym porządku. W czasie całej wizyty odwiedził nas tak niepozornie ze trzy-cztery razy, ale wydawał się raczej nieśmiały, odwracał się do nas plecami i trzymał się tylko blisko drzwi, toteż nie zagadywaliśmy go.
Jedna ararauna nie miała upierzenia na brzuchu i wyglądała niezdrowo, ale nie wiem, czy to nie ze starości. Była też raczej osowiała, przez cały nasz pobyt siedziała tylko na jednej gałązce, niczym się nie bawiła, wydawała się przysypiać i puszyć, mimo że nie odwiedzaliśmy papugarni przed samym zamknięciem.
Inne papugi, jak już pisałam, albo poszukiwały jedzenia na ziemi, albo oblatywały nas, czasem dość agresywnie, gdy wyciągaliśmy w ich stronę kubeczki. Nie dało się nie zauważyć, że papugi są ogólnie znudzone tudzież zmęczone, łase na jedzenie, ale zupełnie niechętne do większych interakcji. Nie interesowały się nami ani na przykład aparatem, jedynie jedna młodziutka papużka w pewnym momencie zaczęła szarpać mnie za okulary, których nie mogłam zdjąć i schować, ponieważ nie mogłabym się wtedy poruszać po pomieszczeniu. Ciężko było ją odsunąć lub zainteresować czymś innym, zresztą nie było czym, ponieważ w sali nie znalazłam praktycznie żadnych zabawek udostępnionych papugom ani specjalistów, którzy mogliby papużkę ode mnie zabrać. Poczekałam więc, aż sama się znudzi, ostrym dziobem skubiąc po lakierze okularów, a Paweł spróbował przekonać ją do siebie słonecznikiem. Na szczęście się udało.
Po jakimś czasie do papugarni weszli inni goście, w tym rodzina z dzieckiem w wózku i kilkoma kilkuletnimi szkrabami na własnych nogach. W papugarni zrobiło się bardzo głośno, a może tylko my odnieśliśmy takie wrażenie, ponieważ wcześniej rozmawialiśmy raczej po cichu, słuchając dźwięków ptaków. Dzieci przekrzykiwały się i piszczały, biegały dość nieostrożnie, goniąc papugi spacerujące po ziemi. Wydawało mi się, że nawet jeśli nasza dwójka nie została uznana za gości, przy których obecność personelu byłaby niezbędna, o tyle przy większej ilości klientów ten personel zwyczajnie by się przydał. Małe dzieci kluczyły między papugami bawiącymi się plastikowymi elementami kubeczków. (Sama, choć starałam się być ostrożna i rozglądałam się bardzo uważnie, omal jednej nie nadepnęłam). W tym czasie jeden z mężczyzn wyciągnął rękę w stronę czerwonej ary, a ta sfrunęła do niego z gałęzi i wczepiła mu się w przedramię. Zastanawialiśmy się z Pawłem dlaczego i czy jest to zgodne z regulaminem, skoro wcześniej dostaliśmy jasne wskazówki, by nie wołać i nie prowokować ar. Chciałam o to zapytać przy wyjściu, jak i zadać o wiele więcej pytań...
No ale niestety.
Kiedy wychodziliśmy, dziewczyny, która nas przyjmowała, nie było już na recepcji. Nikt nie pilnował sklepiku, kasy ani naszych kurtek. Ubraliśmy się i wróciliśmy do samochodu.
Koniec końców już wiem, że nie odwiedziłabym jeszcze raz tej papugarni. Tej ani żadnej innej. Zakładając, że inne nie są wcale takimi małymi klitkami, mogę podejrzewać, że w rzeczywistości są równie... smutne. Przytłaczające. Może to truizm, ale żaden z ptaków, poza ciekawską aleksandrettą i tą małą papużką, która doczepiła mi się do okularów, nie wydawały się... szczęśliwe. Wręcz przeciwnie – część wyglądała raczej na mocno zestresowaną. Większość, osowiała, nawet nie ruszyła się z górnych żerdzi i płotków. Niczym się nie bawiły, bo i nie miały czym. Szczytem okropieństwa było dla mnie widzieć, jak papugi wędrują po ziemi i kopią w ściółce jak kury, co raczej nie wydaje się dla nich zupełnie naturalnym zachowaniem, a już przeraziłam się mocno, gdy sama omal jednej nie nadepnęłam. Choć same ptaszyska kojarzą się miło, warunki, w jakich są przetrzymywane, do dziś wspominam z pewną traumą. Brak personelu odpowiedzialnego za zachowanie moje i innych gości to tylko gwóźdź do trumny, ale nie wiem, czy gdyby jakikolwiek pracownik znajdował się obok mnie, moje uwagi na temat minusów działalności nie byłyby zbywane albo nie wysłuchiwałabym na temat dobrostanu ptaków jakichś pierdół, które nie miałyby żadnego pokrycia ze stanem rzeczywistym. Bo i tak bywało, o czym niejednokrotnie czytałam w sieci w przypadku innych, znacznie większych i lepiej wyposażonych papugarni.
Na zakończenie dorzucam kilka zdjęć, opisanych charakterystycznie dla PCI, oraz krótki filmik średniej jakości, na którym można zobaczyć ogólny – smutny bardzo – wygląd papugarni. Fakt, że są to materiały styczniowe i istnieje prawdopodobieństwo, że coś się w papugarni zmieniło. Wcale nie zmienia to jednak tego, że właśnie wtedy działo się tam co najwyżej słabo. Czy tak jest dzisiaj? Nie wiem i na własnej skórze już się nie dowiem. Jeśli jednak posiada ktoś nowe informacje o stanie akurat tej papugarni – chętnie się z nimi zapoznam.
[kliknij na zdjęcie, aby powiększyć]
1. i 4. – papugi spędzają czas na ziemi, poszukując jedzonka. Bawią się też kawałkami plastikowych kubeczków, niektóre z nich są ostro zakończone i zapewne stanowią zagrożenie dla życia papug. Ponadto ściółka wygląda na niezadbaną, znaleźć w niej można różne skarby, nawet gumki do włosów. Zagrożeniem dla papug są również goście, którzy mogą, choćby nawet nieumyślnie, którąś nadepnąć.
2. – właściwie jedyne miejsce z zabawkami, które wydaje się nie być jedynie zwykłym sznurkiem czy łańcuchem, ale jakąś plecionką. Resztę pomieszczenia stanowiły raczej smutne i puste gałęzie. Zapewne i one, szczególnie te cienkie, pełnią rolę zabawek, ponieważ widziałam, że mniejsze papużki obskubywały je i niszczyły.
3. – mała papużka znów próbuje zdjąć mi okulary. Na sali brakuje personelu, który pomógłby mi poradzić sobie z tą psotnicą. Inni ludzie również nie reagują, ponadto sami mają problemy z innymi papugami.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz