listopada 16, 2019

013. Recenzja antologii „Słowiański horror”



Kto śledzi regularnie WS, niedawno mógł wraz z załogą bliżej przyjrzeć się jednej z miniatur [źródło], jednak żarty – żartami, a halloween – halloween (xD). Dziś chcę napisać coś więcej o ogólnym zamyśle powstania całej pracy. 
Zapraszam.


STRACH SIĘ BAĆ

O ile opowiadania grozy to gatunek wśród polskich czytelników już wyprostowany, o tyle groza słowiańska wciąż jeszcze raczkuje. „Słowiański horror” jako antologia stała się więc swoistym manifestem, by zapisać ten podgatunek na kartach historii literatury polskiej. Bo gdzie, jak nie u nas? 

Nic nie jest dane raz na zawsze, a pamięć ludzkość ma krótką, dlatego dopatruję się w tej odnodze fantastyki sposobu na przechowanie bogatej kultury naszych przodków dla przyszłych pokoleń czytelników. 
Maciej Szymczak jako redaktor antologii w jej wstępie zapowiedział, że książka to misja spopularyzowania kultury duchowej dawnych Słowian. Zauważa, że mitologia słowiańska to nasza polska spuścizna, którą wyssaliśmy z mlekiem matki, więc teraz potrzeba krzesić jej ogień w pamięci. Trudno się z nim nie zgodzić, bo ilu z nas faktycznie zna się na kulturze słowiańskiej i kojarzy choć niektóre legendy i przypowieści? Czy na pewno znamy ten mistyczny i niebezpieczny świat pełen dobrych i złych demonów, ich wróżby i święta, podczas których wzywano dusze zmarłych lub skakano przez ogniska? A przecież tak żyli nasi przodkowie, misja bronienia tej spuścizny przed zapomnieniem jest więc słuszna, pytanie zadam zgoła inne: ...czy się udała? 


PIERWSZE WRAŻENIE 

Gdy pierwszy raz wzięłam „Słowiański horror” do ręki, pomyślałam, że dostałam egzemplarz wybrakowany. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że taki jest jego styl – na pierwszy rzut oka antologia wygląda jak nadgryziona zębem czasu, czarna okładka miejscami jest wyblakła, a jej rogi zagięte. Jest to jednak tylko iluzja. Zaglądając do środka, zakochałam się w prostych szkicach, ilustracjach ołówkowych (których spokojnie mogłoby być więcej, chociażby jedna przed każdą opowieścią). Obrazki potrafią wprowadzić w atmosferę, zanim zacznie się czytać, a kolejne podtrzymują realne uczucie grozy.




No dobrze, ale to wszystko to jedynie smaczki, dodatki, antologii nie tworzą bowiem tylko one, daniem głównym jest przecież treść. A dokładnie dwanaście opowiadań i kilka utworów wierszowanych. Czy dla nich warto jest sięgnąć po książkę? 

I tak, i nie. Jak to z antologiami bywa, zawsze znajdą się w niej i kare konie, i czarne owce. Nie są to teksty tak samo dobre; zbiory tego typu są zwykle nierówne i jest to zupełnie normalne. Choć przyznam szczerze, że pierwszy raz widzę antologię, która nierówna jest aż tak. W moim odczuciu z zadaniem najlepiej poradzili sobie Jacek Pelczar, Franciszek M. Piątkowski, Aleksandra Kozioł. Tekst Adriana Turzańskiego miał ciekawy zamysł, ale autor przekombinował – ukazywanie czasów współczesnych było zbyt podkolorowane i na siłę, a zejście Przebudzonego na Ziemię wydawało się ostatecznie nie mieć większego sensu. Bo co z niego wynikło? To, co zdaje się najlepsze (czyli ciąg dalszy o tym, jak Przebudzony będzie sobie radził) nie zostało przedstawione. Może więc gdyby nie był to tekst aż tak krótki, a dostałabym coś dalej, dałabym mu szansę, tymczasem te kilka stron samych w sobie nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia. Dość mocno rozczarował mnie także otwierający zbiór tekst Artura Grzelaka – choć był wystylizowany, fabułę pchały w przód dziwne, nierozsądne decyzje postaci i nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, pojawili się również bohaterowie, którzy nie mieli żadnego wpływu na fabułę. Tego bardzo nie lubię – gdy autor liczy na moją naiwność i zamiast logicznych rozwiązań stworzonych w myśl przyczyna-skutek podsuwa mi imperatywy narracyjne, a Strzelby Czechowa ostatecznie nie wypalają.  

Bardzo słabą decyzją było umieścić akurat ten tekst na samym początku, gdyż po jego przeczytaniu można się mocno zniechęcić do dalszych prac. Antologie powinny zaczynać się jak u Alfreda Hitchcocka – najpierw wybuch, a potem napięcie i poczucie grozy już tylko rosną. Tu zaczynamy od ledwo żarzącej się iskierki, która nie wybucha, a wręcz dogasa, i dopiero gdzieś w kolejnych opowieściach emocje znów zaczynają kiełkować. Gdy rozbudzają się porządnie, prawie pod koniec znów dusi je najsłabsze opowiadanie zbioru, czyli „Żądza Zemsty” Aleksandry Rozmus (co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe, biorąc pod uwagę, że autorka wydała już kilka pozycji). Co robi w środku ten tekst? Jestem naprawdę ciekawa, jak się tam znalazł i dlaczego. Pytam, bo zamiast opowiadania przypomina wypracowanie szkolne oparte na ekspozycji, a sama stylizacja językowa również pozostawia wiele do życzenia. Do tego nic tak dobrze nie odrzuca jak śmieszek z gwałtu, czyli wielokropek w: bolało ją... krocze. Paskudztwo. Żart sytuacyjny mocno nie na miejscu.
Na szczęście w ogólnym rozrachunku większość tekstów w antologii jednak przypadła mi do gustu, więc całościowo oceniam ją pozytywnie.





KĘDZIERZYN-KOŹLE MOŻE BYĆ DUMNE

Takie zbiory opowiadań traktuję głównie jako swego rodzaju reklamę, po której zdecyduję, czy dany pisarz zaciekawił mnie na tyle, bym sięgnęła po jego twórczość (nie, po „Okrutnika” nie sięgnę); prace zbiorowe są niczym innym jak próbkami danych autorów. Kędzierzyn-Koźle może być dumne – opowiadanie Jacka Pelczara, redaktora, z którym mam przyjemność współpracować, jest reklamą samą w sobie wręcz doskonałą. I nie, nie ma w tym za grosz nepotyzmu, próżno szukać tu układzików po cichu – wystarczy sięgnąć i przeczytać „Pieniacza”. Chociaż antologie mają to do siebie, że trudno powiedzieć coś więcej o wszystkich pojedynczych, krótkich fabułach, dowiedzieć się można za to całkiem sporo o każdym stylu autorskim. W tekstach słowiańskich ten styl powinien zabierać nas na przygodę, w podróż do tamtych czasów, rozbudzać wyobraźnię. Narrator winien być prawdziwym bajarzem, bardem, którego ciężko przestać słuchać i od którego chce się usłyszeć coraz więcej i więcej. Jacek Pelczar robi to wyśmienicie – trudno oderwać się od lektury przed jej zakończeniem. Praktycznie nie da się poznać, że jest się właśnie gdzieś w biurze i pije kawę, a wcale nie siedzi się przy ognisku wraz z Częborem i Czciborem i podbiera się im nalewkę. 

     Bracia Wilcy od trzech dni przemierzali knieje. Szli w błocie i spali w błocie. Wiosenne deszcze pojawiały się i znikały, zmieniając świat w zimną, mokrą breję. Maszerowali w ciszy, goniąc słońce o poranku i umykając przed nim o zmierzchu. Nagle głośne dudnienie rozeszło się za plecami Czębora, poniosło echem między drzewami. Wojownik przystanął i spojrzał krótko w niebo, a potem obejrzał się na człapiącego za nim Niedźwiedzia:
      — Na burzę się nie zbiera, więc to pewnie znowu twój wiecznie pusty kałdun. Jak mamy pozostać niezauważeni, jeśli robisz więcej rumoru niż wojenne kotły? 

Przykład sam w sobie może i grozy nie przedstawia, nie sądzę jednak, że musiałby – po co cokolwiek miałabym spoilerować? Tu trzeba uwierzyć na słowo: słowiańska groza jest obecna na wielu stronach, także w poezji (do której mam mieszane uczucia – o tym zaraz). Poza tym, że sceny te są fantastyczne, na ogół dobrze napisane, a do tego groźne i momentami okrutne, w głównej mierze są także ekscytujące, zawiłe i tajemnicze. W czytelniku potrafią obudzić najróżniejsze odczucia – od tęsknoty za prostym życiem po… niechęć do chrystianizacji. Nie jest to jednak książka, która ma w jakikolwiek sposób do czegoś przekonywać. Wiemy, jak na przestrzeni lat gasły mity słowiańskie, a demony na wieki poszły spać i czujemy, że budzą się teraz – w naszej wyobraźni w trakcie lektury stają się żywe i silne. I to jest chyba kluczowe, aby dobrze wejść w tę książkę – nie można spodziewać się, że będą to opowiadania, które mają zmieniać obecny świat. Raczej opowieści przybliżające, jak mógł wyglądać on dawniej, byśmy mogli cofnąć się w czasie i poczuć go na własnej skórze. Dziwne jest zatem, że redaktor Maciej Szymczak we wstępie napisał: Oto rodzi się nowa historia. To wydaje się zdaniem na wyrost – skoro kultura dawnych Słowian istniała, autorzy antologii nie tworzą jej, co najwyżej odtwarzają i przytaczają, by nie zaginęła w odmętach ludzkiej pamięci. 


O POEZJI 

Mam to do siebie, że, czytając wiersze, bardzo staram się nie myśleć, jak napisałabym je po mojemu, ale czasem właśnie tak się dzieje – szczególnie wtedy, gdy utwory same z siebie nie porywają mnie w inny świat. W przypadku poezji zawartej w antologii naprawdę próbowałam dać się porwać, ale nie zawsze... się dało. Pewnie dlatego, że wiersze: raz – zawierają błędy (nie z przymiotnikami pisane osobno, brak znaków diakrytycznych, źle postawione przecinki); dwa – zawierają powtarzalne motywy, na przykład: jeszcze czerwienieją liście, czerwienią swej krwi miesięcznej (czy chodzi o miesiączkę? to nie jest przesadnie nastrojowe...), czcić twe czerwieniejące sutki [tak, to cytaty z różnych wierszy]; trzy: w ostatnim utworze odrzucają mnie rymy częstochowskie (kołysze/słyszę, chrobotanie/dumanie) i sięganie po połączenia oklepane (dzień/cień, krok/mrok itp.) – to wszystko jest mocno pospolite. Nie przepadam za taką poezją.

Ale Sko, jak – źle postawione przecinki w poezji? Może chodzi o akcent?

Tak, tak: w natłoku spraw, porzuciłem bogów, i ogień nie płonie – powiedz mi tu, o jaki akcent chodzi? Wydzielać wtrącenie, które nim nie jest? No błagam. A czarno biała posadzka bez łącznika? Czy na to istnieje jakieś wytłumaczenie? Czy to metafora? 
Mam też wrażenie, że twórca, poza ostatnim naprawdę ciekawym fabularnie utworem, napisał wszystko na jedno kopyto. Brakowało mi świeżości, zabawy formą i czegoś, czego nie widziałam nigdzie indziej. Jakbym weszła po latach na Opowi w kategorię Horror.


„NIE” DLA KOREKTY 

Nie byłabym również sobą, gdybym nie napisała choć kilku słów na temat ogólnej redakcji i korekty tekstów (w tym poezji, w której błędy to dla mnie kuriozum). Błędy różnej maści rzucają się w oczy. Widziałam takie perły jak: postać nie pochodząca z tego świata, zbędne czy brakujące przecinki, w tym przy wołaczu, chociażby w: Alan[,] nie biegaj. Wylało się morze powtórzeń, brakowało nawet kropek na końcu zdań i wielkich liter na ich początku, myślników oddzielających kwestie dialogowe od narracji, a jeden z bohaterów – Jurek – po drodze zamienił się w Jarka.
Jeżeli książka ta ma przecierać szlaki dla nowego gatunku literackiego w Polsce, powinna być pod względem korekty czysta jak łza, tymczasem wcale tak nie jest. A przez to trudno mi potraktować tę pozycję z odpowiednim wręcz namaszczeniem, poważnie, do czego tak mocno przekonuje mnie naczelny redaktor we wstępie. 


Czy warto kupić „Słowiański horror”? Większość tekstów oceniam zdecydowanie na plus, podoba mi się także oprawa, a na błędy ktoś bardziej odporny może i przymknie oko. Pozycja ta na pewno spodoba się każdemu, kto kocha naszą rodzimą słowiańszczyznę lub nie wie o niej zupełnie nic, a pozostaje otwarty na nowe doznania, szczególnie dreszcze na plecach. W ogólnym rozrachunku „Słowiański Horror” to solidna dawka mitologii, której… aż strach się bać. Warto przekonać się o tym na własnej skórze. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Nasyć ego dobrą karmą , Blogger