grudnia 04, 2018

002. O słabościach kolekcjonowanych


Kolekcje mnie wciągają. Gdyby zbieractwo cudactw było nosem, ja byłabym kokainą. 
Zaczyna się zawsze niewinnie, ot – nowa rzecz, mała przyjemność, bo niby czemu nie? Po dwudziestu sześciu latach egzystencji całkiem niedawno dowiedziałam się, jak to się wszystko u mnie odbywa i dlaczego tak źle. Otóż: 

a) chcę zrobić komuś dobrze, kupując od niego niewiele wartą rzecz i już jestem krok od tego, aby kupić drugą (bo przecież jedna na półce wygląda kretyńsko), a potem trzecią (bo do trzech razy sztuka), a potem dziesiątą (bo trzy to już kolekcja, a je się uzupełnia);
b) ktoś chce zrobić dobrze mi, pokazując swoje zbiory mało istotnych rzeczy, które, widząc jego świecące się oczy, nagle nabierają i w moich absurdalnej wartości (więc, nawet nie wychodząc od kogoś z domu, odpalam Aliexpress i badam grunt, a ten ktoś się perfidnie cieszy); 
c) chcę wynagradzać artystów, których cenię – głównie autorów i polskich raperów z lat 90. (właściwie chyba mogę to podpiąć pod punkt „a”...?); 
d) odkąd tylko sięgam pamięcią, chcę pojeździć na żyrafie, a brak takiej możliwości skutkuje permanentnym skupowaniem wszystkiego, co potencjalnie mogłoby zostać żyrafą. Lub już nią jest.

Istnieje jednak jeszcze jeden haczyk. Wraz z moim TŻ pod tym względem akurat się nie różnimy (przy czym on żyrafę śmiało wymieniłby na Panzerkampfwagen VI Tiger w skali 1:1 stojący w naszym ogrodzie). Mówili, że przeciwieństwa się przyciągają, ale najwyraźniej nie w każdej kwestii – no, w tej to akurat trochę szkoda. Bo zamiast złapać mnie za rękę i powiedzieć:


...on dyplomatycznie pozwala mi zanieść do kasy w markecie kolejną książkę Cobena, maskotkę żyrafy czy monsterkę, rozweselony idąc za mną z pudłem klocków Cobi z kolekcji czołgów z II wojny światowej pod pachą. No skoro ty możesz, to ja też mogę. Trzeba się przecież wspierać.

Kiedyś, przysięgam, jak się zmarszczę i zapomnę, będę zbierać śmieci i składować je w domu razem z ulicznymi kotami. Wtedy prawdziwi przyjaciele – ci, którzy ze mną zostaną w tej niedoli – będą mnie doglądać, aż w końcu odważą się wynieść z domu cały ten śmierdzący gruz. Odważą się wynieść go wraz ze mną na plecach. Kochani...

Tak właściwie to mam to chyba po babci. Bo gdy ja liczyłam prezenty przy komunijnym stole, to ona, pamiętam, skrzętnie chowała do torebki elegancką serwetkę z hostią. Po prawie dwóch dekadach w greckiej knajpie zrobiłam to samo (bo serwetka była naprawdę ładna i miała namalowany słowniczek grecki!), a teraz kurzy się wyblakła w barku wraz z innymi serwetkami gwizdniętymi z różnych knajp, i z żadnej już nigdy nie będzie pożytku. A może tam, na miejscu, jeszcze by się komuś przydały? 
DZIĘKUJĘ, BABCIU. 

Nie będę robić spisu wszystkich szpargałów, które skupuję, bo byłoby przesadą wypisywać je po kolei (w tym chociażby zeszyt z wklejonymi papierkami po nietypowych, egzotycznych cukierkach – jakby magnesy były passé). Raczej notką tą chciałam przedstawić swoją tragikomiczną sytuację (i stąd też taki charakter wpisu). Aby w przyszłości już trochę bardziej świadomie nie zasypywać mnie nowymi słabościami; za chwilę będę mieć trzydziestkę na karku i zmuszona zostanę ogłosić upadłość tej firmy.
Jeżeli dołożysz do  tego cegiełkę – to będzie też twoja porażka. 

***

W tym roku nagroda za najmocniej odciśnięte na mnie piętno wędruje do Alex. Alex, która w zaledwie dwa dni obudziła we mnie miłość do lalek z kolekcji Monster High, które przed spotkaniem z nią wydawały mi się brzydkie jak noc listopadowa. Jednak spędzając czas z osiemdziesięcioma różnymi-różniastymi dziewczętami i mogąc je wziąć do ręki, miałam możliwość spojrzeć na nie pod innym kątem. Kątem wielkich oczu i cudnych w dotyku włosów. Pod kątem możliwości, które daje reroot i repaint [tutaj link dla ciekawskich] takowych panien. I, jakby tego mało, jedną dostałam w prezencie! Jesteś, Alex, niemożliwa.

Ledwo wróciłam do domu, a już zamówiłam sztuczne włosy i zaopatrzyłam się we wszystkie narzędzia do samodzielnej pracy. Planuję spróbować swoich sił najpierw w reroocie, a następnie w repaincie; w przyszłości na pewno opiszę tutaj tę przygodę. Już postanowiłam, że pierwsza pod nóż pójdzie Spectra Vondergeist, która zdążyła do mnie dotrzeć dzięki przemiłej kobitce z Olx, która miała odsprzedać mi trupka po taniości, a wysłała naprawdę dobrze zachowaną lalkę. Taki mam co do niej ambitny plan:

Spectra już niedługo kiedyś stanie się Larą Croft. Tylko kto uszyje mi do niej fatałaszki? *wink wink*

Bo wiesz, wcale nie mam za mało wolnego czasu. 
Wcale.

2 komentarze:

  1. Przypomniało mi się, jak zbierałam maskotki z Biedry - nie przez same maskotki, tylko przez albumy z naklejkami. Nałogowe zbieranie i wklejanie. A wcześniej karty ze zwierzakami. A wcześniej jeszcze inne...
    Teraz trzymam się za mordę w kwestii kolekcjonowania, bo syndrom kolekcjonerski mam diabelnie silny. Tylko trochę odpuścisz, a ruszy jak szalony i zasypie Cię masą rzeczy, których wcale nie chcesz, ale wiesz... może by tak zebrać wszystkie?

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Nasyć ego dobrą karmą , Blogger