Biorąc pod uwagę, że o tej apce dochodziły mnie słuchy regularnie od kilku lat, a założyłam konto ledwo rok temu, znów okazuję się opóźnioną w rozwoju konserwą. Mało tego, konto na Instagramie założyłam na potrzeby zawodowe, pisząc do gazety na temat korelacji: Iphone a statystyczny nastolatek. Chciałam zrobić kreatywne zdjęcie do artykułu, a wejście na Insta wymagało konta – czego więc się nie robi dla większego dobra...
Jakie wnioski mogę wyciągnąć już po rocznym teście?
Bardzo proszę, niczym Taco Hemingway:
01. OJEJ, TU SĄ TYLKO ZDJĘCIA!
Z uśmiechem przypomina mi się moje pierwsze spotkanie z Instagramem. Jakież było moje zdziwienie, że… tam nie ma nic więcej. Zupełnie zapomniałam, że nie jestem na Fejsie. Oczekiwałam newsów, cudów na kiju – skoro wszyscy już Insta mieli, siedzieli i scrollowali – a tu tylko… zdjęcia. Dla mnie? Nuda, mimo że bardzo lubię fotografię. Przez cały rok nie potrafiłam jednak przerzucić tego zainteresowania na aplikację i dzielić się z innymi swoimi dokonaniami. Zupełnie mi to nie wychodzi, przez co o wrzuceniu jakiejś fotki pamiętam raz na kilka miesięcy.
02. TE ZDJĘCIA SĄ O NICZYM…
Zdjęcia ładnych pań, siłki, dzieci, ślubów, wakacji, zwierząt, żarcia i książek. Z wszystkich tych pozycji za ciekawe uznaję tylko wakacje i zwierzęta, reszta mnie nie porywa. Nawet strony recenzenckie, wrzucające w kreatywny sposób fotografie aranżacji z okładkami bestsellerów nie robią na mnie wrażenia, bo przecież nie sprawią, że pobiegnę czytać książkę. Mogłabym przeczytać recenzję, ale książki, której nie znam i której na dziewięćdziesiąt procent nie przeczytam, bo nie znajdę na to czasu… Nie, zupełnie mnie to nie kręci.
[Rozumiem jednak, dlaczego recenzenci mają Instagram, takowy ma też WS, który, o zgrozo, czasem zdarza mi się aktualizować. Zasięg jest ważny, tylko... czy Instagram sprawi, że na WS pojawi się więcej zgłoszeń...? Nie do końca jestem przekonana].
Zdjęcia mnie inspirują, lubię obserwować świat. Ale świat, którego nie znam lub który jest dla mnie rzadki, nietypowy, zachęci do działania, doświadczania, porwie w coś nowego. Zdjęcie kawy czy nowej książki Mroza wcale tego nie zrobi.
03. ODDAJCIE MI MÓJ CZAS!
Można scrollować i scrollować do woli, to nigdy się nie kończy. Demotywatory czy Kwejk miały ograniczenia wyświetlania na stronach i w końcu po kilkunastej, patrząc na cyferki, łatwo mówiło się dość. Tutaj o to trudniej – trzeba patrzeć na zegarek.
04. ŚMIERDZĘ LENISTWEM
Czasem potrafię sama siebie zaskoczyć i cyknąć gdzieś naprawdę niezłą fotkę, którą warto byłoby pokazać światu, ale… zwyczajnie nie chce mi się jej uploadować i dobierać efektów. To jest coś, czego nie przeskoczę. Jak na razie od prawie roku użytkowania na moim profilu znajduje się 30 zdjęć, z czego większa część to fotki z wakacji, mój kot, gdy śpi, i paznokcie.
05. NIE UMIEM W CHWILÓWKI
Nie wiem dlaczego, na Insta trafiają też w moim przypadku zdjęcia, z których nie jestem zadowolona, ot, właśnie takie telefoniczne carpe diem. One są dobre dziś, teraz i za pięć minut, ale po miesiącu, patrząc na fotkę wzrokiem obiektywnym, nie widzę w niej już tego czegoś, co mogłoby być interesujące czy zabawne dla przypadkowego obserwatora. Wiadomo, mnie zawsze zostaną wspomnienia, dlatego lubię zdjęcia wywoływać, ale to nie powód, by słaba fotka mojego autorstwa wisiała w sieci i straszyła publikę. Z Instagrama w moim przypadku część zdjęć po prostu zniknęła, bo przestały być dla mnie atrakcyjne inaczej niż sentymentalnie.
Przez te właśnie chwilówki Instagram kojarzy mi się trochę z McDonaldem.
A przez to zmierzam do punktu kolejnego…
06. NIE UMIEM W TELEFON
Nie po to wydawałam prawie trzy kafelki na aparat, żeby robić zdjęcia telefonem. Kiedy wybieram się w miejsce, które podejrzewam o wartościowe kadry, mam ze sobą aparat. Nie mam Iphone’a, aby mój telefon cykał dobre fotki – Huawei jest wyposażony pod tym względem dość biednie. Przez to i biedny jest mój Instagram.
Ktoś powie: no okej, ale aparat za 3k ma bluetootha i WI-FI, możesz przesłać fotki na telefon, a z telefonu na Insta… Nie, nie, to tak nie działa. Zdjęcia przeważnie cykam w RAW-ach i aby nadawały się do czegokolwiek, wymagają przed publikacją kontaktu z Photoshopem. Filtry w Instagramie i dodatkowe możliwości jak ustawianie kontrastu czy rozmazywanie tła to naprawdę kropla w morzu, która jest mi potrzebna przy obróbce.
Ktoś powie: no dobra, to wrzuć zdjęcie później, po obróbce, gdy już będzie maksymalnie wymuskane. A ja odpowiem: przejdź się ze mną raz jeszcze do punktu trzeciego. Tego o lenistwie.
07. NIE MAM COTTON BALLSÓW ROZRZUCONYCH PO DOMU
Piję mnóstwo kawy, ale zwykle w tym samym WS-owym kubku. Ile razy mogę też cykać alkohol na tle fototapety w biurze? Bardzo ciężko również u mnie o białą przestrzeń, na której tle ostatnio całkiem dużo dzieje się na Instagramie. Dodatkowo jestem bałaganiarą, więc żeby zrobić godną fotkę w pokoju, powinnam najpierw go posprzątać. Nie potrafię też, mimo że próbowałam, stworzyć prywatnego Instagrama w jakimś sensownym układzie fotek – żaden spójny feed nie przyszedł mi do głowy przez cały boży rok.
08. INSTAGRAM, TY KŁAMCZUSZKU…!
Część moich znajomych nie wygląda na co dzień tak, jak prezentuje się w sieci. Po prostu. Mijam tych ludzi w sklepie na zakupach, na spacerze z psem czy gdziekolwiek indziej i… no nie. To jest dla mnie kosmos, kiedy widzę naszprycowaną fotkę i zastanawiam się, skąd znam twarz na niej... A chyba nie o to chodzi, prawda? Kogo chcecie oszukać?
Rozumiem stylizacje i rozumiem formy estetyczne fotografii – ustawienia kolorystyki czy kadru – ale zauważyłam, że całkiem spore grono dziewczyn na Instagramie zwyczajnie się oszpeca i przestaje wyglądać naturalnie.
I ładnie.
I jakkolwiek pozytywnie.
za MAŁO filtra, mówię ci! cyknij mi jeszcze tak, pa, jak się wygnę... I daj filtra jeszcze na łydkę. Tego różowego.
09. WALCZĘ Z DEPRECHĄ
Z drugiej strony te ładne panie, które wyglądają na co dzień bardzo ładnie bez jakiegokolwiek filtra, potrafią wprawić mnie w kompleksy. Może to śmieszne, bo mówi się, że rude nie mają duszy, ale… no cóż, ja takową posiadam, i to to dość wrażliwą. Zdjęcia ładnych sylwetek wprawiają mnie w dyskomfort, zakłopotanie i odbierają poczucie własnej wartości. Nie czuję wtedy, że muszę sama w końcu zapisać się na siłkę. Czuję raczej coś na wzór garści żalu do samej siebie, że już/jeszcze tak nie wyglądam, i gro zazdrości (tej akurat dla rudych podobno dość charakterystycznej, zołzowatej, ot co!).
W ramach walki z istagracją powtarzam sobie często, że rzeczywistość nie posiada przecież żadnego filtra.
10. MOJE ŻYCIE NIE MA SENZU
Dłużej scrollując Instagrama, szczególnie na początku, gdy już go założyłam, zauważyłam, że nie wpływa on na mnie pozytywnie nie tylko przez zazdrość w stosunku do ładniejszych, szczuplejszych czy bardziej wysportowanych. To zawsze idzie gdzieś dalej – były momenty, w których zastanawiałam się, skąd niektórzy biorą te wszystkie rzeczy, które wiszą im na zdjęciach. Okej, branża turystyczna żyje własnym życiem, Malediwy są cudowne, Tajlandia również. Nie mówię tutaj o zazdrości do wczasów, na które oszczędzał ktoś całe życie; bardziej chodzi mi o te wszystkie produkty – dodatki w postaci biżuterii, markowych ubrań, w tym butów, torebek, kosmetyków, produktów spożywczych za miliony cebuli (co to jest, kurde, ten #fostelin?). Przez to przyłapałam się na paskudnej powierzchowności.
Where's the sense in that?!
Człowiek zwyczajnie przestał doceniać to, co posiada. Patrzeć dalej niż na własny ogródek. To okropnie upierdliwe. Na pewno przecież są gdzieś tam ludzie, którzy daliby się pochlastać za kilka okazji, które miałam w życiu i sytuacje, które mogłabym opowiedzieć. Dlaczego w ogóle o tym zapomniałam?
11. JESTEM TU ZA DARMO
Czego by ktoś mi nie napisał i jakim argumentem mnie nie zarzucił, nie potrafię docenić Instagrama. Tak po prostu. Rozumiem, że na potrzeby promocji wrzuca się tam zdjęcia, bo feedback jest dość spory. To akcja-reakcja; coś nam wpadnie w oko, znów my wpadniemy w oko komuś. Ale Instargam daje bardzo dużo możliwości, których nawet jako osoba publiczna nie potrafiłabym wykorzystać, rozreklamować swojego produktu czy samej siebie. Przez cały rok nie dodałam ani jednej relacji i do tej pory nie jestem pewna, na jakiej zasadzie one działają.
Na dodatek tam, gdzie możliwości i wysyp ludu, tam są dobre i słabe targety. Okej, w moim odczuciu głównie słabe. Są dobre zdjęcia, które przedstawiają jakieś założenie, ale częściej jednak fotki niczego. Jak na Wattpadzie – wszystko idzie w masówkę. Ludzie potrafią wrzucić wszystko, kupić followersów, promować życie, którego nie mają, twarzami, które tak nie wyglądają. Instagratorka wydaje hajs na nagrodę w konkursie – liczy na zasięgi. Followers lajkuje jej fotkę – liczy na nagrodę. Co w tym złego? Niby nic, ale nie chcę mieć z tym zbyt wiele wspólnego. Nie bawi mnie to i nie porywa.
Może to dlatego, że na co dzień pracuję w branży, w której funkcjonuje zasada coś za coś. Ty mi kasę, ja ci wczasy – prosta sprawa. Chciałabym, by moje życie poza biurem nie toczyło się w ten sposób i nie kręciło się już wokół tej zasady.
Moja obecność w sieci jest za darmo.




Ojej, kolejna notka tak szybko? Yay! Idę czytać!
OdpowiedzUsuńJa Insta traktuję stricte prywatnie i robię zdjęcia-chwilówki, które właśnie na Inście mi odpowiadają - ot, take schwycenie jakiegoś momentu. Pies, książki, czekolada, czasem widoki. Ale pewnie gdy w połowie czerwca skończę instowy projekt, przestanę dodawać zdjęcia codziennie, bo już mam chwilami przesyt.
OdpowiedzUsuńW Instagramie jeszcze wkurza to, że musisz mieć Grambla, by ładować zdjęcia z komputerem.
Zgadzam się z tym odczuciem instowego kłamania - wszystko jest na nim takie wycyzelowane. Mam jedną parę dziewczyn obserwowanych na koncie "Musivum" - mają tak piękne zdjęcia z randek i "codzienności domowej", że mnie zazdrość skręca, zwłaszcza gdy patrzę na swój remontowy wszechsyf. Hm, może gdy skończę remont, też będę mogła robić takie eleganckie foty...
A filtrów wszelkiego rodzaju w ogóle nie używam i patrzę na nie trochę krzywo - mam wrażenie, że są jak przeróbki muzyczne głosu, w efekcie każdy skrzeczący ludek może ładnie śpiewać, a każda badziewna fota - ładnie wyglądać. Ale ja jestem amator do sześcianu i nie ogarniam Lightrooma, więc siedzę cicho.
Bardzo mi się podoba punkt 10 - pasuje mi do mojego zmęczenia hasłami z serii "jak zarobić na blogu" i poczuciu, że jestem looserem, bo na swoich blogach nie zarabiam i jakoś chyba nie mam ani potrzeby, ani ochoty. Moją zapłatą są komentarze, reakcje na tekst - i jakby to nieprofesjonalnie brzmiało, to mi wystarczy.
Cieszę się, że blogowanie wychodzi ze strefy "zabawa dla dzieciaków, niepoważna etc.", ale męczy mnie, że tak intensywnie się zaczyna wpychać do strefy "poważna sprawa, zarobkowa, nawet jeśli hobby". OK, kto chce, niech zarabia, ale dajcie mi się tym po prostu dobrze bawić i realizować bez wystawiania faktur.
Piękne posumowanie o fakturach; mam dokładnie takie samo odczucie. Męczy mnie hałas i parcie na szkło, ekran telefonu, na wydawkę, na transakcje. LUC kiedyś nawinął „ile ja tobie – tyle ty jemu, temu, co mi to odda. Energia jak bumerang wyrzucony z okna!” i takim transakcjom mówię głośne „tak!”. Pozytywne emocje rozdawane wokół są piękne, do tego nawet Instagram by się nadał, ale... faktycznie, większość użytkowników patrzy na to przez pryzmat bardziej... namacalny. Ough.
Usuń