listopada 16, 2019

013. Recenzja antologii „Słowiański horror”

013. Recenzja antologii „Słowiański horror”


Kto śledzi regularnie WS, niedawno mógł wraz z załogą bliżej przyjrzeć się jednej z miniatur [źródło], jednak żarty – żartami, a halloween – halloween (xD). Dziś chcę napisać coś więcej o ogólnym zamyśle powstania całej pracy. 
Zapraszam.


STRACH SIĘ BAĆ

O ile opowiadania grozy to gatunek wśród polskich czytelników już wyprostowany, o tyle groza słowiańska wciąż jeszcze raczkuje. „Słowiański horror” jako antologia stała się więc swoistym manifestem, by zapisać ten podgatunek na kartach historii literatury polskiej. Bo gdzie, jak nie u nas? 

Nic nie jest dane raz na zawsze, a pamięć ludzkość ma krótką, dlatego dopatruję się w tej odnodze fantastyki sposobu na przechowanie bogatej kultury naszych przodków dla przyszłych pokoleń czytelników. 
Maciej Szymczak jako redaktor antologii w jej wstępie zapowiedział, że książka to misja spopularyzowania kultury duchowej dawnych Słowian. Zauważa, że mitologia słowiańska to nasza polska spuścizna, którą wyssaliśmy z mlekiem matki, więc teraz potrzeba krzesić jej ogień w pamięci. Trudno się z nim nie zgodzić, bo ilu z nas faktycznie zna się na kulturze słowiańskiej i kojarzy choć niektóre legendy i przypowieści? Czy na pewno znamy ten mistyczny i niebezpieczny świat pełen dobrych i złych demonów, ich wróżby i święta, podczas których wzywano dusze zmarłych lub skakano przez ogniska? A przecież tak żyli nasi przodkowie, misja bronienia tej spuścizny przed zapomnieniem jest więc słuszna, pytanie zadam zgoła inne: ...czy się udała? 


PIERWSZE WRAŻENIE 

Gdy pierwszy raz wzięłam „Słowiański horror” do ręki, pomyślałam, że dostałam egzemplarz wybrakowany. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że taki jest jego styl – na pierwszy rzut oka antologia wygląda jak nadgryziona zębem czasu, czarna okładka miejscami jest wyblakła, a jej rogi zagięte. Jest to jednak tylko iluzja. Zaglądając do środka, zakochałam się w prostych szkicach, ilustracjach ołówkowych (których spokojnie mogłoby być więcej, chociażby jedna przed każdą opowieścią). Obrazki potrafią wprowadzić w atmosferę, zanim zacznie się czytać, a kolejne podtrzymują realne uczucie grozy.




No dobrze, ale to wszystko to jedynie smaczki, dodatki, antologii nie tworzą bowiem tylko one, daniem głównym jest przecież treść. A dokładnie dwanaście opowiadań i kilka utworów wierszowanych. Czy dla nich warto jest sięgnąć po książkę? 

I tak, i nie. Jak to z antologiami bywa, zawsze znajdą się w niej i kare konie, i czarne owce. Nie są to teksty tak samo dobre; zbiory tego typu są zwykle nierówne i jest to zupełnie normalne. Choć przyznam szczerze, że pierwszy raz widzę antologię, która nierówna jest aż tak. W moim odczuciu z zadaniem najlepiej poradzili sobie Jacek Pelczar, Franciszek M. Piątkowski, Aleksandra Kozioł. Tekst Adriana Turzańskiego miał ciekawy zamysł, ale autor przekombinował – ukazywanie czasów współczesnych było zbyt podkolorowane i na siłę, a zejście Przebudzonego na Ziemię wydawało się ostatecznie nie mieć większego sensu. Bo co z niego wynikło? To, co zdaje się najlepsze (czyli ciąg dalszy o tym, jak Przebudzony będzie sobie radził) nie zostało przedstawione. Może więc gdyby nie był to tekst aż tak krótki, a dostałabym coś dalej, dałabym mu szansę, tymczasem te kilka stron samych w sobie nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia. Dość mocno rozczarował mnie także otwierający zbiór tekst Artura Grzelaka – choć był wystylizowany, fabułę pchały w przód dziwne, nierozsądne decyzje postaci i nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, pojawili się również bohaterowie, którzy nie mieli żadnego wpływu na fabułę. Tego bardzo nie lubię – gdy autor liczy na moją naiwność i zamiast logicznych rozwiązań stworzonych w myśl przyczyna-skutek podsuwa mi imperatywy narracyjne, a Strzelby Czechowa ostatecznie nie wypalają.  

Bardzo słabą decyzją było umieścić akurat ten tekst na samym początku, gdyż po jego przeczytaniu można się mocno zniechęcić do dalszych prac. Antologie powinny zaczynać się jak u Alfreda Hitchcocka – najpierw wybuch, a potem napięcie i poczucie grozy już tylko rosną. Tu zaczynamy od ledwo żarzącej się iskierki, która nie wybucha, a wręcz dogasa, i dopiero gdzieś w kolejnych opowieściach emocje znów zaczynają kiełkować. Gdy rozbudzają się porządnie, prawie pod koniec znów dusi je najsłabsze opowiadanie zbioru, czyli „Żądza Zemsty” Aleksandry Rozmus (co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe, biorąc pod uwagę, że autorka wydała już kilka pozycji). Co robi w środku ten tekst? Jestem naprawdę ciekawa, jak się tam znalazł i dlaczego. Pytam, bo zamiast opowiadania przypomina wypracowanie szkolne oparte na ekspozycji, a sama stylizacja językowa również pozostawia wiele do życzenia. Do tego nic tak dobrze nie odrzuca jak śmieszek z gwałtu, czyli wielokropek w: bolało ją... krocze. Paskudztwo. Żart sytuacyjny mocno nie na miejscu.
Na szczęście w ogólnym rozrachunku większość tekstów w antologii jednak przypadła mi do gustu, więc całościowo oceniam ją pozytywnie.





KĘDZIERZYN-KOŹLE MOŻE BYĆ DUMNE

Takie zbiory opowiadań traktuję głównie jako swego rodzaju reklamę, po której zdecyduję, czy dany pisarz zaciekawił mnie na tyle, bym sięgnęła po jego twórczość (nie, po „Okrutnika” nie sięgnę); prace zbiorowe są niczym innym jak próbkami danych autorów. Kędzierzyn-Koźle może być dumne – opowiadanie Jacka Pelczara, redaktora, z którym mam przyjemność współpracować, jest reklamą samą w sobie wręcz doskonałą. I nie, nie ma w tym za grosz nepotyzmu, próżno szukać tu układzików po cichu – wystarczy sięgnąć i przeczytać „Pieniacza”. Chociaż antologie mają to do siebie, że trudno powiedzieć coś więcej o wszystkich pojedynczych, krótkich fabułach, dowiedzieć się można za to całkiem sporo o każdym stylu autorskim. W tekstach słowiańskich ten styl powinien zabierać nas na przygodę, w podróż do tamtych czasów, rozbudzać wyobraźnię. Narrator winien być prawdziwym bajarzem, bardem, którego ciężko przestać słuchać i od którego chce się usłyszeć coraz więcej i więcej. Jacek Pelczar robi to wyśmienicie – trudno oderwać się od lektury przed jej zakończeniem. Praktycznie nie da się poznać, że jest się właśnie gdzieś w biurze i pije kawę, a wcale nie siedzi się przy ognisku wraz z Częborem i Czciborem i podbiera się im nalewkę. 

     Bracia Wilcy od trzech dni przemierzali knieje. Szli w błocie i spali w błocie. Wiosenne deszcze pojawiały się i znikały, zmieniając świat w zimną, mokrą breję. Maszerowali w ciszy, goniąc słońce o poranku i umykając przed nim o zmierzchu. Nagle głośne dudnienie rozeszło się za plecami Czębora, poniosło echem między drzewami. Wojownik przystanął i spojrzał krótko w niebo, a potem obejrzał się na człapiącego za nim Niedźwiedzia:
      — Na burzę się nie zbiera, więc to pewnie znowu twój wiecznie pusty kałdun. Jak mamy pozostać niezauważeni, jeśli robisz więcej rumoru niż wojenne kotły? 

Przykład sam w sobie może i grozy nie przedstawia, nie sądzę jednak, że musiałby – po co cokolwiek miałabym spoilerować? Tu trzeba uwierzyć na słowo: słowiańska groza jest obecna na wielu stronach, także w poezji (do której mam mieszane uczucia – o tym zaraz). Poza tym, że sceny te są fantastyczne, na ogół dobrze napisane, a do tego groźne i momentami okrutne, w głównej mierze są także ekscytujące, zawiłe i tajemnicze. W czytelniku potrafią obudzić najróżniejsze odczucia – od tęsknoty za prostym życiem po… niechęć do chrystianizacji. Nie jest to jednak książka, która ma w jakikolwiek sposób do czegoś przekonywać. Wiemy, jak na przestrzeni lat gasły mity słowiańskie, a demony na wieki poszły spać i czujemy, że budzą się teraz – w naszej wyobraźni w trakcie lektury stają się żywe i silne. I to jest chyba kluczowe, aby dobrze wejść w tę książkę – nie można spodziewać się, że będą to opowiadania, które mają zmieniać obecny świat. Raczej opowieści przybliżające, jak mógł wyglądać on dawniej, byśmy mogli cofnąć się w czasie i poczuć go na własnej skórze. Dziwne jest zatem, że redaktor Maciej Szymczak we wstępie napisał: Oto rodzi się nowa historia. To wydaje się zdaniem na wyrost – skoro kultura dawnych Słowian istniała, autorzy antologii nie tworzą jej, co najwyżej odtwarzają i przytaczają, by nie zaginęła w odmętach ludzkiej pamięci. 


O POEZJI 

Mam to do siebie, że, czytając wiersze, bardzo staram się nie myśleć, jak napisałabym je po mojemu, ale czasem właśnie tak się dzieje – szczególnie wtedy, gdy utwory same z siebie nie porywają mnie w inny świat. W przypadku poezji zawartej w antologii naprawdę próbowałam dać się porwać, ale nie zawsze... się dało. Pewnie dlatego, że wiersze: raz – zawierają błędy (nie z przymiotnikami pisane osobno, brak znaków diakrytycznych, źle postawione przecinki); dwa – zawierają powtarzalne motywy, na przykład: jeszcze czerwienieją liście, czerwienią swej krwi miesięcznej (czy chodzi o miesiączkę? to nie jest przesadnie nastrojowe...), czcić twe czerwieniejące sutki [tak, to cytaty z różnych wierszy]; trzy: w ostatnim utworze odrzucają mnie rymy częstochowskie (kołysze/słyszę, chrobotanie/dumanie) i sięganie po połączenia oklepane (dzień/cień, krok/mrok itp.) – to wszystko jest mocno pospolite. Nie przepadam za taką poezją.

Ale Sko, jak – źle postawione przecinki w poezji? Może chodzi o akcent?

Tak, tak: w natłoku spraw, porzuciłem bogów, i ogień nie płonie – powiedz mi tu, o jaki akcent chodzi? Wydzielać wtrącenie, które nim nie jest? No błagam. A czarno biała posadzka bez łącznika? Czy na to istnieje jakieś wytłumaczenie? Czy to metafora? 
Mam też wrażenie, że twórca, poza ostatnim naprawdę ciekawym fabularnie utworem, napisał wszystko na jedno kopyto. Brakowało mi świeżości, zabawy formą i czegoś, czego nie widziałam nigdzie indziej. Jakbym weszła po latach na Opowi w kategorię Horror.


„NIE” DLA KOREKTY 

Nie byłabym również sobą, gdybym nie napisała choć kilku słów na temat ogólnej redakcji i korekty tekstów (w tym poezji, w której błędy to dla mnie kuriozum). Błędy różnej maści rzucają się w oczy. Widziałam takie perły jak: postać nie pochodząca z tego świata, zbędne czy brakujące przecinki, w tym przy wołaczu, chociażby w: Alan[,] nie biegaj. Wylało się morze powtórzeń, brakowało nawet kropek na końcu zdań i wielkich liter na ich początku, myślników oddzielających kwestie dialogowe od narracji, a jeden z bohaterów – Jurek – po drodze zamienił się w Jarka.
Jeżeli książka ta ma przecierać szlaki dla nowego gatunku literackiego w Polsce, powinna być pod względem korekty czysta jak łza, tymczasem wcale tak nie jest. A przez to trudno mi potraktować tę pozycję z odpowiednim wręcz namaszczeniem, poważnie, do czego tak mocno przekonuje mnie naczelny redaktor we wstępie. 


Czy warto kupić „Słowiański horror”? Większość tekstów oceniam zdecydowanie na plus, podoba mi się także oprawa, a na błędy ktoś bardziej odporny może i przymknie oko. Pozycja ta na pewno spodoba się każdemu, kto kocha naszą rodzimą słowiańszczyznę lub nie wie o niej zupełnie nic, a pozostaje otwarty na nowe doznania, szczególnie dreszcze na plecach. W ogólnym rozrachunku „Słowiański Horror” to solidna dawka mitologii, której… aż strach się bać. Warto przekonać się o tym na własnej skórze. 




listopada 07, 2019

012. BRZYDKIE SŁOWA? – JESTEM U PANI!

012. BRZYDKIE SŁOWA? – JESTEM U PANI!



14.01.2016 

    [59] OCENA BLOGA: INNA-WERSJA.BLOGSPOT.COM

  • 1 blog;
  • 1 ocena;
  • kilka miesięcy pracy nad oceną, w tym kształcenie się z zakresu narracji personalnej i literatury erotycznej, epoki romantyzmu [czego efekty przydały się setce autorów w kolejnych ocenach];
  • 5 oceniających i betareaderek na dokumencie i blogu weryfikujących uwagi i źródła.

Fragmenty komentarzy:

[kliknij, by powiększyć]

Już prawie zdążyłam zapomnieć o sprawie (choć wracała ona do mnie z każdym – na szczęście coraz rzadszym – wysrywem komci niezadowolonych autorek i autorów). Aż pewnego jesiennego dnia z nudów wkroczyłam na formularz ankietowy WS, by podpatrzeć opinie czytelników. I wtedy zobaczyłam to:

I wtedy zadałam sobie pytanie: o co w tym wszystkim chodzi? 

Od oceny 59. minęły prawie cztery lata. Od tamtego czasu nastukałam ponad sześćdziesiąt kolejnych ocen i nagle dostaję sygnał, że tamta nieprzyjemna sytuacja nadal się ciągnie i wciąż wywołuje w ludziach emocje. I jest to dla mnie dość dziwne.
Zapewne dziś, mając za sobą następne prace i więcej doświadczenia w kontaktach z autorami, którzy bronią się przed wskazówkami dotyczącymi ich tekstów, moja cierpliwość, i przy tym odporność, pozwoliłaby mi z łatwością trzymać język za zębami. I pewnie nie pękłabym tak szybko, i nie użyłabym TEGO BRZYDKIEGO SŁOWA
Ale!
Czy to oznacza, że w tamtej chwili okazałam się prostaczką, która strzela sobie w stopę i którą do dziś w sieci należy omijać szerokim łukiem?


Uważam, że przekleństwa wcale nie są tego wyznacznikiem. One mają wywoływać emocje oraz pokazywać, w jakim stanie emocjonalnym jest osoba, która ich używa (no chyba że jest skrajnym patusem i używa ich jak każdego znaku interpunkcyjnego). W oczach osób, które mnie znają trochę lepiej niż od wczoraj, tamto spierdalaj dowodziło o moim osłabieniu i tym, że opadły mi witki i nie znalazłam już innych słów, by to wyrazić, a w pewien sposób także się bronić. Była to oznaka mojej słabości, ukazanie bezradności (no idź już sobie) i złości (i przestań wbijać szpilę, bo chcę ci coś wytłumaczyć, skoro nie zrozumiałaś oceny) – to wszystko zawarłam w... nieco krótszej wersji. Bo być może ktoś, kto przebywa na WS dłużej niż okazjonalnie, zauważył, że jakoś nie zdarza mi się klnąć jak szewc. W ocenie poezji wiersz o penisie nazwałam chujowym, co miało być żartem sytuacyjnym i autor sam z tego kwiknął. A tak poza tym? Ach, w artykule o scenach erotycznych użyłam słowa: jebaka. Jak ja teraz wam wszystkim mam spojrzeć w oczy?

#shameonme


Jeśli ktoś nie śledzi większości innych prac na WS, które – tak się składa – są głównie moimi tekstami, może nie zauważyć, że nie rzucam kurwami na prawo i lewo. Może zauważyć natomiast to nieszczęsne spierdalaj pod notką 59. i z marszu wyrobić sobie opinię. Nie mnie oceniać, czy słuszną, na pewno ograniczającą możliwości czerpania z naszej pracy. 
I czy tamta sytuacja powinna w ogóle rzutować na pracę całego zespołu – by nie wystawiać innym dziewczynom bardzo dobrego? Może jakby policzyć średnią naszych wykroczeń, to jednak i tak by wyszła z piątką z przodu, tak sądzę (Elektrowni oberwałoby się jeszcze za SPAM u Nessy)... no ale to by trzeba było zrobić research i trochę u nas jednak poprzebywać.

A czy żałuję tamtych słów? Nie. One oddają mnie z tamtej chwili, pokazują moment, w którym sytuacja zaszła za daleko. Mogę przeprosić Raylie za ich dobór, lecz po co?
Przecież mnie wtedy wkurwiła. 



[Aczkolwiek jakbyś dziś, Raylie, chciała jeszcze jakąś ocenku, to zapraszam. Serio, sztama! Postaramy się coś ogarnąć i znów zrobię to najlepiej, jak umiem. Dziś nawet umiem znacznie lepiej niż wtedy].

października 15, 2019

011. MY, AMBASADORZY NADZIEI

011. MY, AMBASADORZY NADZIEI

Dokładnie rok temu, w październiku, jako redaktorka miesięcznika kędzierzyńsko-kozielskiego oraz aktywistka społeczna zostałam zaproszona do współpracy w poprowadzeniu kampanii społecznej dotyczącej tematu niepełnosprawności i dysfunkcjonalności, wykluczenia społecznego. Pomysłodawczyniami kampanii były bliskie mi nauczycielki Zespołu Szkół nr 3 w Kędzierzynie-Koźlu, do którego również miałam szczęście uczęszczać – o zgrozo – prawie dekadę temu. 
Cóż było robić? Oczywiście, że się zgodziłam! 
[*] RIP mój czas wolny, lecz BYŁO WARTO! 

W ramach kampanii do moich zadań należało przeprowadzenie obszernych wywiadów z wszystkimi bohaterami – jak ja to ich pozwoliłam sobie (trochę pompatycznie, wiem!) nazywać – Ambasadorami Nadziei. Do tego dochodziła publikacja artykułów w miesięczniku, udział oraz pomoc w sesjach zdjęciowych oraz redakcja artykułów do wydania w formie papierowej i załatwianie kwestii formalnych w ramach publikacji i wydruku. Spodziewałam się, że dam radę i napiszę dobre, rzetelne teksty, przeprowadzę interesujące, choć trudne wywiady, i w końcu od kuchni dowiem się, jak wydać książkę. Że poznam ciekawych, biednych ludzi z bagażem doświadczeń i... No właśnie. Biednych, trudnych, ciężko... Hola, Sko! Co się tak pieklisz! 

Na pewno nie spodziewałam się po kampanii:

Nowych przyjaźni.
Nauki luzu.
Ogromu wiedzy – chociażby o tym, że rękawiczka dla osoby na wózku to trochę taka podeszwa buta i niekoniecznie trzeba ją ściskać na dzień dobry. Warto poczekać, aż się ją zdejmie.

Nie spodziewałam się również tego, jak bardzo rozeprze mnie duma z... samej siebie. Oczywiście, również ze wszystkich bohaterów, którzy zgodzili się przejść przez ten rok wraz ze mną, ale... oni wszyscy byli wspaniali, bo byli sobą, a ja byłam... w stresie. Wiesz, ten stres, gdy widzisz kogoś i nie wiesz, czy podejść, czy się przywitać i jak się przywitać, czy podać rękę, czy poklepać po ramieniu, czy mówić na ty, czy na pani... Kucnąć przy wózku czy stać? Schylać się jak do dziecka, czy... Ala, olej to i jak chcesz, to się nawet połóż na ziemi
...What?
Przekonałam się, że wcale nie tak trudno jest im wszystkim mówić o sobie i o swojej codzienności, nawet jeśli jest inna od tej pełnosprawnej, bogatsza w często drastyczne doświadczenia. To, co sobie wmawiamy, nie musi być prawdą. Oni otwierali się przede mną, a ja zastanawiałam się, dlaczego, gdyby to oni trzymali dyktafon, czułabym wielką gulę w gardle i tak bardzo wahała się nad podjęciem tematu...? 
[Pod tym względem sztamę przybijam z Arkiem; kocham naszą pierwszą rozmowę, gdy oboje patrzyliśmy się to na siebie, to na kubki z herbatą i właściwie nic więcej... Dopiero za drugim coś zaiskrzyło]. 
W czasie kampanii dowiedziałam się, że to nie niepełnosprawność ma tu cokolwiek do rzeczy – to kwestie związane z charakterem i z własną odwagą i umiejętnością radzenia sobie ze stresem. U mnie była to umiejętność na poziomie zero – i co z tego, że plus dziesięć dodawała mi plakietka redaktorki, skoro tyle samo zabierały mi drżące palce, które ją ściskały?
Także ten... no. To ja miałam w większej mierze problemy. 
Ja, pełnosprawna. 
Ja uczyłam się od nich walki ze stresem i samą sobą.

Wtargnęłam z butami (czasem dosłownie – była zima i padało, a chodzę w glanach!) w ich prywatność jak intruz. Wchodziłam im do domów i jadłam ciasta, piłam kawę. Wypływałam w rejsy, biegałam z nimi po lasach, spędziłam godziny w szkole, wypytując o tę nie-zwykłą codzienność, przekonywana, by nie robić wow, nie otwierać ust z wrażenia i nie patrzeć jak cielę w malowane wrota. Nakłaniana do tego, by choć próbować nie myśleć o tym, jak bardzo ich wszystkich podziwiam. Kampania w założeniu miała przecież mówić o tym, by traktować niepełnosprawnych... normalnie. No właśnie, normalnie, po ludzku – nie wytykać, ale i nie wychwalać nad niebiosa tego, co dla nich tak przyziemne i oczywiste. Sama napisałam w życiu kilka prac magisterskich, więc czemu na swoje mam wygwizdane, a gdy słyszę, że to samo zrobiła Ania, oczy mam jak pięć złotych? I dlaczego tak wielkie wrażenie robi na mnie to, że Natalia bawi się przy mnie komórką i sama zapina sobie zegarek? W końcu to oni wszyscy nauczyli mnie, by się nie rozczulać – to było najtrudniejsze. By się uśmiechać i... do przodu, YOLO. Przecież wszystko może się udać, wszystko może się zdarzyć, każde marzenie można spełnić bez względu na to, czy siedzisz na wózku lub nie masz dłoni, a może je masz, lecz nie potrafisz nimi poruszać. 
Czasem to wszystko traci znaczenie. Da się, gdy czegoś chcesz.

Więc... chciałam napisać sieć artykułów o tym, by się nie wzruszać:

Mogłoby się wydawać, że w mediach istnieje stereotypowe spojrzenie na osoby niepełnosprawne – mówi się o nich jedynie przez pryzmat ich niepełnosprawności. Dlaczego nie rozmawiać z nimi na inne tematy? Dlaczego uważać brak jakiejkolwiek sprawności tylko za coś, co budzi podziw bądź wywołującego litość? Jak odczarować wizerunek osoby niepełnosprawnej? Jest na to sposób – spojrzeć głębiej.

A oczywiście i tak się wzruszałam. Bo to są naprawdę fantastyczni ludzie, których historie doprowadzają do łez – czasem ze śmiechu, w żartach, z przymrużeniem oka. 
Zresztą, udostępniam tu wszystkie te historie. Jeśli tylko masz chęć, to zapraszam.


[screeny w pełni czytelne, możesz otwierać w nowym oknie]



NATALIA

Artystka przez duże „A” – rysowniczka, poetka, twórczyni amatorskich teledysków. Nie boi się nowych wyzwań, nie rozgrzebuje przeszłości. 

Często ukrywa swoją twarz za maską antysmogową. Przewrotnie nazywa ją „antyludziową”, bo ta chroni ją przed zainteresowaniem, przykrymi pytaniami, spojrzeniami przynoszącymi ból. Jednak podczas sesji zdjęciowej maska pozostaje w torebce. Zastąpiono ją profesjonalnym makijażem, który – tak jak maska – symbolizuje powierzchniowość. 
Uwielbiam Natalię, uwielbiam jej kreatywność i sposób na siebie.

Ale nie mogłoby być za dobrze, prawda? Ludzie zaskakują mnie za każdym razem, lecz nie za każdym pozytywnie. Kiedy na co dzień staram się w nich wierzyć, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie próbował zabrać mi to uczucie. Gdy publikowaliśmy okładkę gazety w lokalnych mediach na FB, było na niej jedno ze zdjęć. Niektórzy wtedy najpierw pisali komentarze, a dopiero potem (o ile w ogóle...) zaglądali do tekstu. Patrzyli na okładkę, na której widniał napis „dziewiętnastolatka”. To wystarczyło:

[kliknij, aby powiększyć]

Oczywiście, było również sporo przychylnych super-komentarzy, dodających turbo-skrzydeł. Dziękuję za nie. I dziękuję ci tym bardziej, Natalio, że przeszłyśmy przez to razem, jesteś silna babka, wspierałaś mnie bardziej niż ja ciebie. To mnie było wstyd za nich, gdy ty parsknęłaś pod nosem.




AGATA

Oto druga bohaterka kampanii. W przeciwieństwie do Natalii urodziła się niepełnosprawna – z rozszczepem kręgosłupa. Wiąże się z nim brak czucia poniżej kolan, dlatego Agata porusza się na wózku. Poprzez udział w kampanii zachęca do zacierania granic i podejmowania ryzyka.
– Dzieci na wózkach wzbudzają litość, aż chce się pomagać rodzicom, chociażby wnieść wózek do autobusu. Odkąd jestem dorosła, jakby mój czas ochronny się skończył, empatia ludzka maleje wraz z wiekiem niepełnosprawnego. Takie mam wrażenie. Pewnie ludzie myślą, że skoczyłam na bungee albo na główkę do jeziora i mam za swoje.

Agata przewrotnie zadaje sobie pytanie: „Co jest ze mną nie tak?”. Nic! Jesteś silną kobietą, wspaniałą żoną i – już niedługo – mamą. Co jest z nami nie tak, jeśli myślimy inaczej, ponieważ widzimy wózek? No, coś na pewno. 
Tylko nie bardzo wiem, jak to leczyć. Może kolejną kampanią...?



AREK

Depresja? Daj spokój. Ile razy przeszło ci przez myśl, że może pomóc czekolada, spacer czy, ot, spotkanie towarzyskie? Weź wyjdź z domu, chodź na piwo, do kina, klubu. Rozerwij się i przestań. Po prostu przestań wyglądać jak zbity pies. Życie jest za piękne, by... Tak? 
A co, jeśli to życie właśnie... płonie?


Arek dużo czyta, ogląda filmy i słucha muzyki – lubi Glukhovsky’ego, Marvela i Marilyna Mansona. Gra na gitarze, udziela się w mediach społecznościowych, sprawdza newsy związane z sytuacją polityczną kraju, można więc wyjść z założenia, że jest z nim o czym rozmawiać, a jednak rozmawia się z nim trudno. Waży każde słowo i nie jest wylewny. Dlaczego?

– W moim przypadku to nie jest nieśmiałość. To fobia społeczna i depresja. Wyobraź sobie, że każdy człowiek to płomień. Kiedy jest jeden, nie panikujesz, jeszcze nie uciekasz. Ale kiedy zaczynają cię one otaczać, to co robisz? No właśnie. Tak właśnie się czuję. Otaczają mnie płomienie.


IWO

Jesteś niegrzeczny. Gdzie byli twoi rodzice, kto cię wychował – wilki? Przestań tupać, krzyczeć i gryźć, bo przyjdzie po ciebie taka pani i cię zabierze, zobaczysz... Zachowuj się. Ile ty masz lat? Taki duży chłopiec, a taki łobuz!


Iwo nie słyszał tych słów tylko dlatego, że ma wspaniałą mamę i grono ciepłych osób wokół siebie. Osób cierpliwych, którzy kochają tę kreatywność i chcą poznawać jego wyjątkowy sposób patrzenia na świat. Jednak gdyby nie oni, jak poradziłby sobie w świecie jedenastoletni autysta? Ilu takich spotkałeś na ulicy, ilu takich mijałaś w sklepie?

Problemy stały widoczne, gdy skończył trzy lata. Zawsze był bardzo ruchliwym i absorbującym dzieckiem, lubił się przytulać i bardzo dużo mówił. Gdy poszedł do przedszkola, pojawiły się różnego rodzaju problemy – chłopiec płakał, nie potrafił przyzwyczajać się do nowej rzeczywistości. Rodzice z przerażeniem zaczęli dostrzegać, że zamyka się w swoim świecie, przestaje mówić – porozumiewa się jedynie kodem i powtórzeniami, nie chce bawić się z dziećmi. Konsultacje z pedagogami, terapeutami i logopedami nie przynosiły żadnych rezultatów. W tym czasie rodzice przygarnęli psa.
Iwo ni z tego, ni z owego usiadł koło niego i powiedział do niego: „Łatko, dlaczego ty mi nie odpowiadasz? Pytam się ciebie o coś, Łatko!”.  

Zanim ocenisz – poznaj.


ANIA

Urodziła się z mózgowym porażeniem dziecięcym czterokończynowym. Choć jej możliwości są ograniczone, od zawsze poprzeczki stawia sobie bardzo wysoko.

Przyłóż nos do klawiatury i spróbuj napisać jedno zdanie złożone.
A teraz spróbuj napisać tak pracę magisterką. 
Ba dum tss.

Ania w ramach pracy dyplomowej przeprowadziła badanie dotyczące możliwości zatrudnienia osób niepełnosprawnych. Mimo przewagi negatywnych odpowiedzi, których Ania doświadczyła na własnej skórze, udało jej się znaleźć pracę analityka, obroniła również tytuł magistra. Teraz marzą jej się drugie studia – psychologiczne; ważny jest dla niej kontakt z ludźmi. W kwestiach logistycznych pomaga jej mama.

– Gdyby nie ona, nie ukończyłabym żadnych studiów, ponieważ fizycznie nie byłabym w stanie tego zrobić. Jestem jej bardzo wdzięczna. Poza tym zdaję sobie sprawę, że wielu w podobnej sytuacji do mojej nie ma takiego szczęścia. Ci, co znają mnie od małego, zawsze powtarzali, że jestem uparta. Ale jestem także szczęściarą.


MIESZKAŃCY DOMU POMOCY SPOŁECZNEJ

Dom Pomocy Społecznej w Kędzierzynie-Koźlu to ciepłe, rodzinne miejsce, w którym pomaga się domownikom zaakceptować swoją niepełnosprawność i, przede wszystkim, godnie przeżyć. Gdy odwiedziłam je po raz pierwszy, poczułam się jak w... domu. Przez moment otaczała mnie liczna rodzina – wielobarwna, wspaniała, bardzo emocjonalna, którą żal aż opuszczać na dłużej. Nad niepełnosprawnymi intelektualnie podopiecznymi przez cały czas czuwa profesjonalny zespół opiekuńczo-terapeutyczny, a oprócz tego prowadzone są zajęcia rehabilitacyjne, kulturalno-oświatowe i akcje rekreacyjne. Jedną z takich akcji był rejs statkiem po Kanale Gliwickim w ramach kampanii. 


– Rejs mi się podobał, bo bujało i pieniła się woda. Ja, Asia, trochę się bałam, ale było fajnie! Tu, w domu, niczego się nie boję. Mam pokój, swoje pokoje mają koledzy i koleżanki. Tu jest nasz dom. Choć lubię też wychodzić na lody. I na wycieczki do zoo, i na Górę Świętej Anny. I wszędzie lubię być. Bycie jest fajne!



3XW – WERNISAŻ, WYSTAWA, WYDANIE


14 czerwca 2019, Galeria Sztuk Wszelakich w kędzierzyńskim Domu Kultury:

– Od dwudziestu lat, kiedy istnieje nasz powiat, powstało czternaście wind, warsztaty terapii zajęciowej, dziesiątki imprez wspierających osoby niepełnosprawne i wiele różnych projektów, głównie architektonicznych. Jednak najważniejszą kwestią jest ludzka psychika, likwidacja barier psychologicznych – mówił na uroczystym zakończeniu kampanii wicestarosta Józef Gisman.Dziś dzieje się to, ponieważ mamy wspaniałych pedagogów, którzy podejmują takie tematy, oraz dzielnych młodych ludzi, którzy chcą pomagać innym młodym ludziom, będącym w nieco trudniejszej sytuacji. 

sierpień 2019 – zakończenie wystawy
październik 2019 – wydruk publikacji pamiątkowych zawierających zdjęcia i artykuły
[tak, dlatego czekałam z podsumowaniem do teraz – chciałam mieć fotkę książki w nagłówku]

[zdjęcie – Agnieszka Majewska]

PODSUMOWANIE

Co sądzę o tej akcji? Jestem pełna podziwu. Nie tylko dla jej uczestników, ale dla pozostałych organizatorów, fotografek i fotografów – uczennic i uczniów Zespołu Szkół nr. 3 z klasy IITC, technik fotografii i multimediów. Wiem, że wszyscy daliśmy z siebie wszystko.
Czy to przyniesie owoce większe niż usłyszane podziękowania od osób, które i tak nie potrzebowały edukacji czy umoralnienia? Nie sądzę. Ambasadorzy opowiedzieli cudowne historie dla tych, którzy chcieli ich słuchać i je przeczytać. Niestety wciąż za często utożsamia się niepełnosprawność z chorobą głównie psychiczną i w kontakcie z niepełnosprawnymi bywamy spłoszeni, niechętni lub nadopiekuńczy. Boimy się kontaktu lub stajemy się nienaturalnie infantylni. Wiem to po sobie, mimo że przecież pisałam wszystkie te teksty. Ale chociaż się staram, okej? Staram się wyluzować.

Czy ktokolwiek przeprosił za negatywne komentarze?
Nie. Przeprosić też jest sztuką, twardym orzechem. Ale jak go zgryziesz, to, wiesz, raczej nie stanie ci w gardle. 

Doskonale zdaję sobie sprawę, że zmienianie postaw społeczeństwa to proces trudny, wymagający czasu i odpowiedniego podejścia oraz wysiłku. Nie kończy się on wraz z tą kampanią, nie skończy się wraz z żadną następną. Pozostaje nadzieja, że wszystkie podjęte działania pozostawiły po sobie ślad w każdym, kto zetknął się z tymi artykułami, zdjęciami. Kto miał w ręce gazetę lub książkę, kto czytał wiersze i chce poznawać. W każdym, kto spróbował choć raz „spojrzeć głębiej”.





Tak, to ja. Ja jestem.
Stoję tu przed tobą,
siedzę czasem, czasem nawet 
tyle nie potrafię.

Tak, to ty. Posłuchaj,
mam dobrą wiadomość:
już nie warto ściskać gardeł
i odwracać głów.

Próg jest między nami,
więc po co udawać, 
że nie ma tematu? 

Tyle tylko trzeba
– wyrozumiałości,
połączenia światów. 

Nie, to nie jest trudne. 
Powiedz, o czym marzysz? 
Ja się uczę codzienności,
jakbym nie był stąd.

Nie – nie po kryjomu
bo nikt nie zobaczy, 
i nie po cichutku, żeby
słyszeć mógł mnie ktoś. 

Coś się będzie zmieniać,
tak! Czuję to w kościach,
nawet, jeśli słabe. 

Podaj, proszę, rękę,
wszystko będzie dobrze...
Przeżyjemy razem.



sierpnia 18, 2019

010. Urodzinowy cringe i te sprawy

010. Urodzinowy cringe i te sprawy

Tworząc obecnego bloga (nie, nie tego cytowanego powyżej), nie sądziłam, że będę miała aż tak mało czasu w życiu, by go prowadzić. Rok temu jeszcze pisywałam do gazety dość rekreacyjnie, więc mogłam sobie pozwolić na chwilę wolnego na wpis tu i ówdzie, teraz jednak jako copy dorabiająca w środku sezonu turystycznego (niedługo tutaj wrzucę o tym wpis, ajpromis) czasu na pisanie czegokolwiek innego praktycznie nie mam. 
Widząc jednak, że Katalogowo wciąż linkuje ten pustostan w swoich zakładkach, postanowiłam puścić tutaj notkę o garści sentymentów, które mnie naszły z okazji moich urodzin. Bo co robią nerdy w tym szczególnym dniu? Oczywiście, wchodzą na Wayback Machine i cofają się w czasie z Wujkiem Google (okej, i grają w Heroes 3, i Tomb Raider 2).
W każdym razie wyławiając te sentymenty z odmętów Google'a i dysku, którego cudem nie sformatowałam od ponad dekady, na początku przeszedł mnie lekki dreszczyk pozytywnych emocji, by za chwilę, po przypomnieniu sobie tego, co robiłam bardzo, bardzo dawno temu w sieci, dreszczyk zamienił się we wstrząs. 
Wstrząs cringe'u taki, że mogłabym śmiało zejść. Obyście nie zeszli i wy.


Właściwie na tym mogłabym poprzestać, bo potem, im byłam starsza, tym było tylko ciemniej i bardziej niepokojąco. Gdzieś w tym samym czasie Core Design wypuściło na rynek Tomb Raider 6: Angel of Darkness, z emo-Larą, która skradła moją duszę, i Kurtisem, który skradł moje serduszko. Co też zrobiłam, gdy zauważyłam, że wszystkie ficzki w sieci są po angielsku? 
Napisałam własny. Po polsku.


Podpisywałam się wtedy przez kolejną dekadę jako Lilka11. Będąc w drodze na kolonię, ktoś zapytał się mnie w pociągu o imię, natomiast gdy odpowiedziałam dziarsko: Alka, ktoś zrozumiał: Lilka. Jedenastka oznaczała wtedy mój wiek, jednak z roku na rok pozostawała niezmienna, toteż kolejne sieciowe znajomości przez długi czas myślały, że jestem utalentowaną jedenastolatką. 
Utalentowaną, że hej:


A że jestem bardzo wytrwała i cholernie uparta w tym, co robię – to moja mocna strona – dlatego redaguję sobie to opeczko do dziś.

[kliknij, aby powiększyć]

W 2009 zaczęłam też interesować się ocenialniami. Zgłosiłam się nawet z tym cudem do kilku i dostałam na Onecie ze dwie czwórki. (I trójkę od Forfeit na Niebieskim Piórem, czwórkę od Legilimencji na KKB i srogą pałę od Leleth na Mackalni – to wszystko już później, na Blogspocie). Tak więc w 2010 raźnie uznałam, że też chcę wystawiać ludziom noty za pisanie jak prawdziwa pani polonistka!


Pani polonistka, która nie odróżnia zaimka od podmiotu i sugeruje błędny zapis dialogu. 
Choć w sumie stylistycznie nie odbiegam od siebie dziś aż tak...


Wszystkie oceny, które napisałam dla Shibuyi na Onecie i Blogspocie, mam do tej pory na dysku; większość jest paskudna i o niskiej wartości merytorycznej, jest to jednak nie tylko pamiątka, ale dowód rozwoju (tak, tak, pocieszam się). Do każdej z tych ocen w jakimś stopniu się przygotowywałam i w niewielkim stopniu każda kolejna ocena była lepsza od poprzedniej. I tak aż do dziś.

Z tego miejsca bardzo przepraszam autorów wszystkich 58 ocen napisanych na potrzeby Shibuyi na Onecie i 36 ocen na Blogspocie, już jako Skoia. Naprawdę, ludzie, kajam się. To mogło was ładnie pokrzywić. xD
Wychodzi jednak na to, że – licząc WS – napisałam w życiu  ponad 160 ocen. 
160 ocen w 9 lat, z czego jedna-trzecia jest nieczytelna. Hip-hip hurra, yay!
Tym oto pozytywnym akcentem zakończyłabym już tę spowiedź. Więcej grzechów, tak, tak, i te sprawy.

Z okazji swoich urodzin na urlopie zdążyłam dokończyć też trzeci rozdział na moim najnowszym dzieciątku – Zakosztuj słowa – o którym pisałam tu notkę temu. Do tego bardzo mi miło, że mogłam opublikować ocenę bardzo dobrego tekstu na WS. Poza tym, o czym też jeszcze zamierzam tu szerzej napisać, moje wszystkie artykuły stworzone na rzecz kampanii o niepełnosprawności pojawiły się w publikacji wydanej. Z tej okazji napisałam utwór opublikowany tutaj: Nie, czyli tomik niewydany – do wglądu opublikowałam również okładkę.

Także coś tam-coś tam do przodu. Oby kolejną dekadę.
:)


kwietnia 29, 2019

009. O mojej pierwszej nie-żywej miłości, czyli... po co mi kolejny blog?

009. O mojej pierwszej nie-żywej miłości, czyli... po co mi kolejny blog?

Nie mam już piętnastu lat, ale czasem czuję się tak, jakbym właśnie przeżywała drugą młodość. Na szczęście! Są to jednak dość rzadkie chwile; praca i stale dochodzące obowiązki robią swoje i potrafią mnie czasem tak mocno stłamsić i zniechęcić do czegokolwiek, że zdarza się, że staram się samą siebie ratować z tej dorosłości. Na siłę się z niej wyciągam.
Moim ratunkiem były do niedawna całkiem urocze powroty do kontentów, które interesowały mnie, gdy jeszcze nawet nie znałam słowa content. Bardzo długo takim uroczym odmładzaniem się było pisanie farfocli o Tomb Raider, jednak po tym, jak skończyłam [Konfesję], na moment muszę od nich odsapnąć. A co to ma do rzeczy i tego taniego wstępu o dorosłości, która ssie?


W marcu nareszcie udało mi się znaleźć czas, by obejrzeć pełnometrażową [ekranizację Bleacha]. Chociaż spodziewałam się naprawdę średniej produkcji [bo kto widział Death Note'a od Netfliksa, ten się w cyrku nie śmieje], to jednak miło się zaskoczyłam. Jeżeli jakiś fan Wybielacza jeszcze nie widział filmu, bo zawczasu podchodzi do niego z rezerwą, to czas nadrobić zaległość; jeżeli ktoś nie zna mangi czy animacji, to zdecydowanie polecam zacząć przygodę z Bleachem właśnie od filmu. Z drugiej strony jeśli ktoś w ogóle nie jest fanem m&a, to może być zażenowany japońskim stylem ekranizacji i raczej średnią grą aktorską charakterystyczną dla aktorów japońskich.


Gdy tak sobie obejrzałam i pozytywnie oceniłam film, od razu przyszło mi na myśl, że przedłużę sobie ten powrót do przeszłości i raz jeszcze, po dwunastu latach, obejrzę  animację. Całą, czyli aż [366 odcinków]. Nie postanowiłam tego z premedytacją ani nie podeszłam do tego emocjonalnie, ot, ruszyłam od odcinka, na którym kończy się fabuła filmu [odc. 17]. Pierwsza reakcja? Co za okropieństwo! Kreska? Paskudztwo! Albo z wiekiem zezgredziałam, albo dojrzałam, a moje wymagania wzrosły po obejrzeniu całej serii Fate/stay night. No cóż, wzdychając, nie przerwałam i po kolejnych odcinkach przywykłam, a po następnych kreska jakby poprawiła się sama, co akurat jest typowe dla tasiemców. Do czego zmierzam? Byłam średnio przekonana, oglądałam, bo jakoś tak wyszło, żadnych głębszych przemyśleń, YOLO. Zwyczajnie zapomniałam o tym, że piętnaście lat temu do Bleacha przywiązałam wagę wręcz ogromną, o czym przypomniałam sobie dopiero przy odcinku 113. Odcinku, w którym pierwszy raz na ekranie pojawił się Ulquiorra.

Jest to postać tak okropnie wielowymiarowa, że aż mi się wstyd zrobiło, kiedy uświadomiłam sobie, że dawniej w ogóle nie zwróciłam na to uwagi. Uwielbiałam Ulquiorrę za to, że był Pierwszym Emo Wybielacza i ważył ledwo pięćdziesiąt kilo. Jak to okropnie płytka ocena bohatera i sytuacji, z którą mierzył się przez tyle odcinków!


W marcu zaczęłam dokładniej analizować pobudki jego działań. Był po prostu bezgranicznie oddany Aizenowi czy egoistyczny, chcąc za wszelką cenę poznać znaczenie serca? To Aizen kazał mu przesunąć granicę w Ichigo czy Ulquiorra sam chciał go sprawdzić? Był tylko czwarty, bo unoszenia się dumą nie uważał za słuszne czy potrzebne? Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi na ekranie! Tyle możliwości stworzenia wielu scenariuszy i wypełnienia tej pustki w charakterze bohatera! Autor mangi, Tite Kubo, sam kiedyś przyznał, że Ulquiorra to jedna z jego ulubionych postaci, właśnie z powodu enigmatyczności i szczątkowych danych na jego temat, i z powodu nieprzegadania go na papierze i ekranie, i tak naprawdę dzięki niewielu scenom z jego udziałem. Zanim spostrzegłam, zaczęłam oglądać dalsze odcinki tylko po to, aby przypomnieć sobie informacje na temat Ulquiorry, zwrócić uwagę na dane, których zwyczajnie nikt nigdy nie podał, samodzielnie przeprowadzając ostry reaserch i tworząc w głowie alternatywne rozwiązania, których nie oddaje fabuła. Wszystko po to, aby napisać porządnego ficzka o Ulquiorze.
Czy to nie szalone? Albo głupie?
Albo okrutnie szczeniackie? 


Albo, drogi Ulqi-kun, czy nie jest to stratą czasu, którego i tak mam mało?
Pal licho, nic nie planuj, klik: -> stwórz bloga; w przeglądarce: -> wioska-szablonow.blogspot.com, dawaj, piszemy prolog.

Napisałam „o blogu”, zanim ogarnęłam blog.
Napisałam blurb, zanim napisałam rozdział pierwszy.
Napisałam prolog, zanim wymyśliłam, które postaci dostaną narracyjne prawo do głosu.

W pierwszym rozdziale uznałam, że a kij z narracją, poleci się starym dobrym wszystkowiedzącym, bo i tak nie wiem, gdzie skończę i co się stanie po drodze. Ach, słodka pisata wolność! Jak ja jej dawno nie czułam! Kto, co, gdzie i kiedy? Nie mam pojęcia.
Rozesłałam linka jedynie po znajomych. Kontent ómarł dekadę temu, Sko, kto to będzie czytał, daj spokój. Ale... nawet przez moment nie pomyślałam, by ktoś to miał czytać poza mną. W sensie no pewnie, zrobiłoby mi się nawet miło, ale nie wpadło mi do głowy, by to reklamować i prosić o komcie, komć za komć, Welcome to Onet. Ja po prostu chcę to mieć napisane i móc to przeczytać, i połechtać swoje ego zakończoną produkcją, która na ocenialni dostanie minimum cztery. Czy coś w tym złego? 
Tite Kubo zapytany o to, czy lubi własne rysunki, odpowiedział: I draw manga because I want to draw the way I wish, that being the case, if I didn’t like my own art, I wouldn’t be drawing in the first place. I ja, tak jak on, lubię własne prace i swój styl, i swoją pewnie toporną lekkość, i lekkość, z jaką przychodzi mi pisanie.
W ogóle genialne jest to, że Tite całą mangę wymyślał na bieżąco, a naprawdę niewielka część fabularna podchodzi pod imperatyw. Jednak w tak rozległym uniwersum łatwo o potknięcia logiczne i nieścisłości fabularne, więc celowo ustawiłam sobie poprzeczkę – dwanaście notek. Zmieszczę się i tyle. Ani słowa więcej.
To jedyny plan, który mam.


Wprawdzie cichutki głosik z tyłu głowy wciąż szepcze, że to zły pomysł. No bo jak to tak bez planu – to raz; Andrzej, to jebnie, passat na lawecie. Dwa, bo kolejna rzecz – ot, wieczorne, relaksacyjne oglądanie anime – powiązała mi się w życiu z pisaniem. Piszę za dużo i za często, i za dużo o tym myślę, a tu jeszcze blożek, no proszę, może lepiej nie...


Jednak miłość do ciebie, Ulqi-kun, i do ciebie, pisata wolności, jest zbyt silna.
I chyba straszne, że silniejsza niż dwanaście lat temu.

Ale kto dorosłemu zabroni? 
Copyright © 2016 Nasyć ego dobrą karmą , Blogger